5.12.15

8 rzeczy, których nie cierpię w retro/vintage.


Nawet w stylach, które się kocha znajdzie się zawsze parę tendencji, które wywołują negatywne emocje. Nie inaczej mam z ubiorem w stylu retro/vintage. Niektórych rzeczy zdzierżyć nie mogę. Dzisiaj trochę o nich.


1. Vintage made in Poland - Czytaj: lumpeks z najgorszymi możliwymi łachami, które z jakiegoś powodu kosztują 50 zł wzwyż, mimo, że już dawno powinny zostać przerobione na szmaty, bo Caritas też by ich nie przyjął. Znacie pewnie takie miejsca. Hipsterska atmosfera, sesje zdjęciowe, które zachwycają nastoletnie użytkowniczki instagrama, długonogie modelki. I tag vintage, który dzielnie zasłania fakt, że król jest nagi. W ofercie takich lumpeksów mamy przede wszystkim najgorsze koszmary lat 80 i 90. Próżno szukać w nich czegokolwiek innego, a mimo tego sklepy te chcą za wszelką cenę tagować wszystko jako retro, pin up, rockabilly i odnosić się do lat, z którymi ich łachy nie miały żadnej styczności. Zdecydowanie  tego nie lubię. Wybierając się na targi vintage zawsze spotyka mnie to samo: rzędy ciuchów, których moja rodzina pozbyła się na przełomie 1999 i 2000 roku.


2. Seksualizacja - o tym już swego czasu pisałam i zdania nie zmieniłam. Majteczki w kropeczki, blacharskie sesje zdjęciowe i wisienki mające zasłonić fakt, że wcale nie chodzi o uwalnianie własnej kobiecości, tylko o pokazywanie cycków na wszelakie możliwe sposoby. W takich pseudo-retro sesjach nawet próżno szukać bielizny, która przypominałaby tą z epoki. Panie, które przywykły do noszenia wełnianych podkoszulek i gatek robionych na drutach, raczej gardziłyby wypiętymi niewiastami w poliestrowych stringach.

3. Krzykliwy kicz - każdy kiedyś zaczynał od Hell Bunny, ale nie każdy musi na nim skończyć. Nie chodzi mi tutaj o całą ofertę sklepu, bo zdarzają się w nim perełki, ale wszystkie ciuchy w jednorożce, zombie, zombie jednorożce są mega tanie i wygląda się w nich jak w przebraniu.

4. Za mało lat 30-tych - 40-tych też nie jest zbyt wiele. Z nieznanych mi przyczyn lata trzydzieste są niekochane i nieodkryte przez producentów odzieży. A szkoda. Nieco lepiej prezentuje się sytuacja z latami 40-tymi, ale nadal królują swing dresses z lat 50.

5. No właśnie: za dużo swing dresses - kocham rozkloszowane sukienki, to fakt, ale wydaje mi się, że rynek jest nimi tak przesiąknięty, że więcej naprawdę nie potrzeba. Co z tego, że można kupić sukienkę w każdym możliwym wzorze, jak o elegancki, krótki sweterek, czy koszulę jest naprawdę trudno. Z tego wynika też błędne założenie, że w latach 50-tych dominowały piękne, rozkloszowane suknie, które nazywa się z nieznanych mi przyczyn modą naszych babć. Z tym, że większość naszych babć nawet nie marzyła o takiej modzie. Lata 50-te w Polsce wyglądały zupełnie inaczej niż rzeczywistość amerykańskiego przedmieścia, która swoją drogą też wcale nie była różowa.

6. Buty, a raczej ich brak - to jakby terra incognita w modzie retro. Producenci wydają się mieć je w nosie. Chcecie znaleźć długie kozaki stylizowane na lata 40-te? Powodzenia. Możecie liczyć jedynie na oryginały. Dostępne modele wszelakiego obuwia alternatywnego, w tym retro, są dość wątpliwej jakości. Płacimy za ich wygląd a nie za trwałość, czego dowodem mogą być Demonie, Funtasmy i pochodne. Pozostaje zamawiać buty u szewca.

7. W nawiązaniu do punktu nr 1 - zaopatrzenie polskich second-handów. Nie ma co się kryć: raz na ruski rok można znaleźć w nich cokolwiek zdatnego do założenia i nazwania retro. A to dlatego, że najlepsze kąski trafiają do zachodnich second-handów, a u nas lądują najgorsze szmaty. Za to second-handy zaopatrujące się w rodzimy towar oferują głównie asortyment w stylu lat 80 i 90-tych, których głęboko nie cierpię. Dlaczego tak jest? Dlatego, że w Polsce, a także całym dawnym bloku wschodnim, moda wyglądała zupełnie inaczej niż na zachodzie. Kojarzycie taki dziwaczny obraz Wojciecha Fangora Postaci? Jeśli nie to popatrzcie:
źródło: culture.pl
Pierwszy raz to wątpliwej jakości dzieło ze skopaną perspektywą miałam okazję widzieć w Łódzkim Muzeum sztuki na Wólczańskiej. Było to jakoś w licealnych czasach. Obraz jest na tyle koszmarny, że głęboko zapada w pamięć, ale kluczowe jest w nim zestawienie dwóch kobiet. Właściwie faceta mogłoby nie być. Dość dobrze opisane jest to wszystko na wikipedii więc posłużę się cytatem:  Artysta stworzył kompozycję opartą na retoryce przeciwieństw. Po lewej stronie umieścił młodą, atrakcyjną kobietę w sukience pokrytej napisami w języku angielskim ("Miami", "New York", "Wall Street", "London", "Coca-cola"). Kobieta jest zadbana, ma ostry makijaż, pomalowane na czerwono paznokcie i modną, zieloną torebkę. Przez wielkie okulary w żółtych oprawkach śmiało patrzy w oczy widza. Za jej plecami można dostrzec ruiny i pochmurne, niespokojne niebo. Wyzywająca kobieta reprezentuje wyszydzany w propagandzie "zachodni imperializm". W opozycji do reprezentantki zachodniego stylu życia malarz przedstawił parę robotników. Oboje są potężnie zbudowani, mają na sobie kombinezony i trzymają w rękach trzonki prostych narzędzi, łopat lub kilofów. Ich twarze przypominają wizerunki z funkcjonujących wówczas banknotów. Oboje surowo patrzą na przedstawicielkę imperialistycznego świata. Za ich plecami tło jest jasne, widać zarysy wznoszonego, wielorodzinnego domu i pogodne niebo. Para symbolizuje wartości głoszone przez komunizm, kult pracy i prostotę. 
 Naprawdę niewiele kobiet w latach 50-tych w Polsce decydowało się na "zachodni" styl. Z czym wiązała się chęć wyglądania inaczej można przeczytać w książce  Elegantki. Moda ulicy lat 50. i 60. XX wieku  pióra Agnieszki Janas. Do tej pory została w wielu Polakach, o ironio w tych młodych plujących na komunę, której nigdy na oczy nie widzieli, chęć głośnego komentowania czyjegoś wyglądu i sposobu bycia. Nie czarujmy się jednak, że pojawiło się to wraz z okresem PRL-u... i tu przechodzimy do kolejnego wątku.

8. Romantyzowanie przeszłości - kiedyś nie było fajnie. Właściwie każda możliwa epoka wiązała się z ludzkim cierpieniem. Szczególnie drażni mnie romantyzowanie dwudziestolecia międzywojennego, oglądanie kiczowatych filmideł i traktowanie ich jako rzeczywistości. Rzeczywistość z tych filmów dotyczyła znacznej mniejszości Polaków. Panował głód, panoszyli się różni radykałowie, mnóstwo osób było niepiśmiennych, treści w różnych pismach były równie jadowite co za zachodnią granicą po roku 1933. Moi pradziadkowie i prababcie wcale nie byli panami i paniami na dworach i nie mówili pięknym, lwowskim akcentem. Przede wszystkim większość (z dwoma wyjątkami) z nich wywodziła się ze wsi: Ciężko pracowali w polu, borykali się z głodem, umierało im rodzeństwo, władza miała ich w dupie, wyzyskiwał ich dziedzic. Naprawdę nic fajnego. Moje prababki nie były damami pokroju Smosarskiej, a co więcej większość z Waszych babć i prababć też nie! W Polakach panuje jakiś kompleks błękitnej krwi. Wszyscy chcą być szlachtą i wierzą, że nią są, a z jakiś powodów odwiedzają dziadków na znienawidzonej wsi. Nawet jak rzeczywiście macie jakieś arystokratyczne korzenie to miejcie świadomość, że z tym też bywało różnie. W mojej rodzinie od strony ojca (czego się dokopałam przez przypadek) tytuł nadany był w trakcie zaborów przez Austriaków, którzy robili to wyjątkowo chętnie tylko po to, żeby zmniejszyć prestiż dawnej, polskiej szlachty.
Reasumując: przestańcie przejmować się tym, że Wasi przodkowie nie byli kopiami znanych aktorów i księżniczek, a doceńcie to, że dzięki ich ciężkiej pracy jesteście w stanie czytać i pisać mieć komputer czy inny elektroniczny sprzęt, z którego właśnie korzystacie. Ich trud jest znacznie bardziej nobilitujący niż to, co mieli w szafie i czy mieli jakikolwiek tytuł.

8 comments:

  1. Lepiej bym tego nie ujęła. Najgorzej jest patrzeć na "blachary" a nie prawdziwe damy.

    ReplyDelete
    Replies
    1. e no sa gorsze rzeczy na swiecie, ale troche drazni mnie, ze przez pryzmat takich niesmacznych czesto sesji dostaje sie innym ;P

      Delete
  2. co do lumpów się zgodzę, ale miałam to szczęście i upolowałam kieckę i halkę z lindy bop i kostium do opalania z new looka jakieś specjalnej kolekcji. Kiece z hell bunny są kiczowate trochę, często mi się to podoba, ale nie traktowałabym wtedy tego jako vintage, tym bardziej, że pewnie ledwo by mi zakrywały tyłek...

    ReplyDelete
    Replies
    1. no to jest wielkie szczescie, ja w Polsce nie jestem w stanie znalezc nic i jak czytam o tym co dziewczyny potrafia wygrzebac to mnie zazdrosc chwyta. :D za to w Niemczech mam upatrzone jedno miejsce ktore kocham calym sercem.

      a mi tez sie podobaja niejktore rzeczy z hell bunny, szczegolnie te z serii glamorous, a tych klasycznych HB mini rowniez nie traktowalabym jako vintage. ale sa osoby ktore to robia. Nie chce tez zabierac ludziom zabawy i potepiac, ze maja inny gust ode mnie, dlatego ta lista to sa tylko moje pet peeves

      Delete
  3. 8. - ...!
    Nie jestem winy, bo wolę sobie nie wyobrażać, gdzie byli moi przodkowie w latach 30 i wcześniejszych. Trudno mi do tego podchodzić z dumą czy choćby spokojem, kompleksy mają się dobrze. Więc przemilczam.
    Z drugiej strony, ludzie mają jakiś dziwaczny zwyczaj uznawania, że w pierwszej połowie XX wieku, że w wieku XIX, na bank siedzieliby wśród arystokracji, ewentualnie bohemy artystycznej. Fajnie pogdybać, ale proza życia mówi inaczej. Dobry post.

    ReplyDelete
    Replies
    1. a ja nie mam kompleksów, to musieli być zajebiści ludzie, dzieki nim tu jestesmy i chyba nie jest nam jakos tragicznie ;D
      tak samo jak wszyscy mysla ze sa ze szlachty i ze kazdy prapraprapra---dziad był husarzem ;D a robić w polu nie ma komu.

      Dziękuję ;)

      Delete
    2. Jeżeli mówimy o ciuchlandach, to się nie zgodzę ;). Od kiedy jestem retro, czyli mniej więcej od roku, zaopatruję się tylko i wyłącznie w ciuchlandach. Samych sukienek - oryginalnych okazów z lat 50 i 60 - mam około 30. Najdroższa kosztowała mnie 10 zł, tak to z reguły znajduję je na wyprzedażach po 1 zł czy nawet 50 groszy. Nie wiem, czy mam wyjątkowe szczęście, po prostu za każdym razem, gdy odwiedzam ciuchland, znajduję jakąś perełkę. Zazwyczaj całą torbę ;).

      Delete
    3. Trzeba miec duzo szczescia, bo ja gdzie nie pojde to albo widze jakies rzeczy z sieciowek, albo cos czym nie wytarłabym podłogi.
      Niemieckie lumpy dużo lepsze pod wzgledem jakosciowym jak i roznorodnosci, nawet takie sieciowe jak resales czy humana

      Delete