5.10.20

Trochę o kostiumach filmowych od strony praktycznej

Ta notka to efekt wielu dyskusji z członkami różnych grup rekonstrukcyjnych, z uczonymi i mniej uczonymi, którzy piszą artykuły, czy książki z zakresu historii ubioru, a także z właścicielami vintage shopów - słowem z kawalkadą osób, która kiedyś, na jakimś etapie swojej kariery miała do czynienia z produkcjami filmowymi, do których potrzebne były kostiumy historyczne. 


Mimo, że rozstrzał osób, z którymi miałam przyjemność o tym rozmawiać, jest bardzo duży, to mniej więcej wszyscy mieliśmy podobne spostrzeżenia i wnioski odnośnie tego, co sprawia, że w polskich produkcjach kostiumy wyglądają niezbyt dobrze, a najczęściej... po prostu źle. 

Po pierwsze i chyba najważniejsze - brak pieniędzy, albo brak chęci do ich wydawania. Jeśli publiczne stacje dostają wsparcie w postaci naszych 2 miliardów złotych, a stacje komercyjne mają hajsik na opłacanie grubymi tysiącami osób skazanych za stręczycielstwo i promowanie dzieci znanych kryminalistów - to przepraszam, ale mowa o tym, że na porządne kostiumy w produkcjach historycznych, nie ma pieniędzy jest bardzo niewiarygodna. Pieniędzy wydawać się po prostu nie chce - lepiej inwestować je w wielkie nazwiska, a tło jakoś tam będzie wyglądać. W praktyce wiemy, że nie wygląda w ogóle. Podejście to skutkuje jeszcze dodatkowymi, paskudnymi praktykami. Spotkałam się z tym (i to bardzo częsta praktyka), że kostiumograf kupuje kostiumy z własnych pieniędzy jako osoba prywatna. Typową praktyką jest też proponowanie vintage shopom barteru - tzn. wy dajecie nam za darmo ubrania sprzed 50-80 lat, my robimy wam reklamę, bo umieszczamy waszą nazwę drobnymi literkami w napisach końcowych, których nikt nie ogląda. Młodzi właściciele vintage shopów: nie zgadzajcie się na to! Nigdy! To nie jest żadna forma realnej promocji. To jest wyzysk i liczenie na to, że jesteście na tyle naiwni, żeby się na to zgodzić. To, że oni są z telewizji, a wy macie sklep, to nie znaczy, że za waszą, ciężką pracę nie należy wam się normalny zarobek, jak od normalnego klienta. TV jest waszym regularnym klientem i nawet wielki zasięg oglądalności nie zwalnia ich z zapłaty za wasze dobra. Jeśli się na to zgadzacie, psujcie cały rynek i doprowadzacie do tego, że kostiumy pozyskiwane są wręcz w złodziejski sposób. Nie zgadzajcie się. Lepiej sprzedać coś do osoby indywidualnej, dla której będzie to prawdziwa radość i skarb, niż oddać to do stacji, której wcale nie zależy na promowaniu Was. Serio. Oni liczą na naiwniaków, którzy dadzą im za darmo coś, za co powinni zapłacić. Uwierzcie, skoro stać ich na opłacanie gwiazd za 20 000 zł za odcinek 30 minutowego show, i płacenie różnym dziwnym bezosobowościom, to tym bardziej stać ich na kupno Waszych ubrań. 

Kostiumy z serialu Mad Men. Źródło


Druga sprawa, która również jest praktyką nagminną to goniące terminy, albo udawanie, że termin goni. Zacznijmy od drugiego motywu. Dostajecie wiadomość, że macie natychmiast wysłać ubrania z takiej i takiej epoki, oni obiecują, że zapłacą później, ale zdjęcia zaczynają się w przeciągu dwóch dni i potrzebują tego na już. To kolejny pic na wodę i nie dajcie się na to zrobić - bo najczęściej nie zobaczycie za to żadnych pieniędzy, a najecie się mnóstwo nerwów przy próbach odzyskania ubrań. Ale rzeczywiście bywa i tak, że ubrania potrzebne są na już. Wtedy najczęściej dochodzi do tego, że kupowane jest byle co, byle gdzie, byle tanio, byleby coś tam przypominało - nie ma więc mowy o tym, żeby taki pośpiech dobrze wpływał na to, jak ubrania będą wyglądać w filmie. Ani nawet na to, że rzeczywiście znajdzie się coś porządnego. 

Trzecia sprawa: przeżycia rekonstruktorów. Żeby było bardziej profesjonalnie (i taniej), zamiast poszukiwać statystów często filmowcy odzywają się do rekonstruktorów. Którym serdecznie współczuję. Przechodzą oni bowiem taką samą drogę jak vintage shopy: często słyszą, że mają to robić za darmo, bo to przecież ich hobby, a nie prawdziwa praca. Nie zwraca się im często za dojazd - z tego co wiem, obecnie, mało kto już na coś takiego się godzi. I bardzo dobrze. Jeśli jednak wszystko idzie zgodnie z planem, to na miejscu okazuje się, że może przestać iść zgodnie z planem. Dziewczyny w pięknych, oryginalnych sukienkach, z odpowiednimi fryzurami i makijażem natrafiają na: KOSTIUMOGRAFA Z WIZJĄ - a najczęściej typa/typiarkę, który nakupił nowych ciuchów z sieciówek i chce je sobie zatrzymać na później, dlatego każe się wszystkim przebierać w "odzież inspirowaną", co jak wiadomo kończy się tym, co widzimy często w tle produkcji TVP: pstrokacizną i ewidentnie współczesnymi ciuchami w akcji, których nijak nie da się obronić. W innym wypadku jest to osoba, która nie może się pogodzić z tym, że rekonstruktorzy wiedzą coś lepiej, bo ona przecież kończyła historię sztuki i miała całe pół roku wykładów o historii mody, tudzież pracuje w zawodzie czterdzieści lat i nie ma potrzeby poszerzania swoich kompetencji (zaczynała w Stawce większej niż życie, gdzie zgodność kostiumów pozostawia jeszcze więcej do życzenia), a co mogą wiedzieć jacyś śmieszni przebierańcy: - ten wariant kończy się na tym, że statyści chodzą w bistorach i wyglądają jak szalone lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte. 

Problemem jest to, że kostiumografowie nie mają gdzie się kształcić: do historii ubioru w Polsce podchodzi się wszędzie po macoszemu, czy to na projektowaniu, kulturoznawstwie, czy na historii, czy na historii sztuki: moda i ubiór, to zawsze takie niepoważne tematy (podobnie jak w przypadku filmoznawstwa zagadnienie muzyki filmowej). Technika odzieżowe, których jest niewiele dzięki transformacji ustrojowej i pogodni za tym, żeby absolutnie każdy miał studia wyższe, także nie oferują w temacie historii zbyt wiele. Słowem, nawet jeśli ktoś chce, to nauczyć musi się na własną rękę. Z książek i to najczęściej ściąganych z zagranicy, bo i literatura odnośnie historii ubioru w Polsce jest nader skromna, chociaż są osoby, które bardzo chcą to zmienić. Taka praca jest jednak bardzo uciążliwa i kosztuje bardzo wiele wkładu własnego: a bądźmy szczerzy: nie każdemu się chce, nie każdy ma predyspozycje. - Ten brak edukacji skutkuje tym, co potem oglądamy na ekranie, czy deskach teatru, a także, co czytamy w różnych opracowaniach o historii ubioru, typu powtarzane w nieskończoność mordercze, łamiące żebra gorsety - ludzie po projektowaniu ubioru, studiach wyższych, są w stanie uparcie powtarzać takie bzdety jak katarynki, bez żadnej refleksji. W jednej z poważnych książek z zakresu mody XX wieku, polskiego autorstwa widziałam jeszcze inne kwiatki, typu: w latach dwudziestych nawet słowo "gorset" zniknęło z użycia: co jest o tyle dziwne, że gorsety reklamowano w gazetach na całym świecie przez kolejne kilkadziesiąt lat. I to pod nazwą "gorset". Takich rzeczy jest mnóstwo: są one powielane, ludzie w nie ślepo wierzą i co gorsza, są kompletnie zamknięci na cokolwiek, co jest w innym, niż polski języku. Przez to liczba źródeł cyrkulujących po środowisku jest po prostu śmieszna i wzrastają kolejne pokolenia osób powtarzających te same głupoty, a to rzutuje też niestety na kostiumy filmowe. 

Kostiumy z serialu Wspaniała Pani Maisel źródło


Problemem staje się nie dość, że niewiedza, to niemożność (czy raczej niechęć, bo jak się chcę to nauczy się też paru języków dla zdobycia wiedzy) tej zdobycia wiedzy. Dochodzi do tego brak możliwości finansowych, a raczej nieproporcjonalne pompowanie pieniędzy niekoniecznie tam, gdzie trzeba. W dyskusjach pojawił się także argument masowości produkowania seriali i filmów, szczególnie o tematyce okupacyjnej i przedwojennej, przez co wiadomo, że część tych produkcji będzie wyglądała słabiej niż wysokie budżety. Ale, problem w tym, że i wysokie budżety, jak choćby "Bitwa Warszawska", czy "Miasto 44" trapione są taką samą zarazą jaka gnębi seriale telewizyjne. Rozwiązaniem, przynajmniej częściowym, byłoby stworzenie biblioteki kostiumów, na wzór tego, czym dysponuje BBC - i tak, są tam też ubrania oryginalne i to, co mówi część polskich kostiumografów, że oryginały są niepraktyczne: serio, możecie sobie taki bullshit wsadzić w buty. Mam zaledwie 4 współczesne rzeczy, reszta to właśnie oryginały z epoki, w których chodzę na co dzień, w których czasami pracuję cały dzień i to trochę ciężej niż aktorzy na planie serialowym :) i wiecie co? Jakoś nie niszczę tych wszystkich oryginalnych sukienek. Pojawił się argument, że po 12 godzinach taka sukienka jest upocona. No jasne, to użyj antyperspirantu i wkładek pod pachę z Rossmanna, które są śmiesznie tanie (i powinny być przyjacielem każdego kostiumografa, nawet takiego, który pracuje we współcześnie się dziejących telenowelach) - wtedy można takiej sukienki używać przez dłuższy czas bez konieczności ciągłego prania. Kolejny argument: ubrania trzeba mieć na długo przed rozpoczęciem produkcji i oryginały się nie sprawdzą, bo przecież nie wiadomo, na jakim aktorze zostaną użyte. - Zaraz, ale dokładnie to samo można powiedzieć o ubraniach współczesnych. Wszystko, zawsze można dopasować. Vintage także. Większość mojej szafy jest mocno zwężona i ma pogłębiane zaszewki, nieraz nawet o kilkanaście centymetrów - te ubrania były tak szyte, żeby takie operacje można było łatwo i sprawnie przeprowadzić, bo kiedyś więcej osób szyło. Dodajmy, że mnóstwo zagranicznych seriali, ochoczo korzysta z vintage ubrań. Przykłady: Mad Men, Babylon Berlin, czy Wspaniała pani Maisel. 

Swoją drogą, wcale nie trzeba tutaj używać oryginałów z epoki, skoro zachowały się stosy przedwojennych i wojennych wykrojów, które można łatwo wykonać, czy nawet przerobić lata osiemdziesiąte przypominające lata czterdzieste, na coś, co krojem będzie dokładnie takie, jakie być powinno, przy niedużym nakładzie pracy. Z oryginalnych wykrojów uszyto kostiumy w najnowszym hicie serialowym Ratched - trzeba przyznać, że są one po prostu powalające. Użyto także epokowych sukienek i fartuszków pielęgniarskich. A gdy nie było to możliwe szyto z wykrojów, albo tworzono kopie kupionych z vintage shopów ubrań i zmienianiu ich kolorów tak, by pasowały do postaci, albo znajdowano kostiumy z innych produkcji i przeszywano je. Kostiumografki pracujące przy serialu, w jednym z wywiadów przyznawały, że sporo udało im się złowić na instagramie i podczas vintage targów w Los Angeles, ale kluczowy był research: przeglądanie starych magazynów, wykrojów i katalogów. 

Bez researchu ani rusz! 

Niestety, żeby być w stanie stworzyć piękne kostiumy filmowe, które będą w zgodzie z epoką, a na widzach pozostawią wielkie wrażenie, trzeba wiedzieć, o tym, jak wyglądały w danej dekadzie ubiory, a nie tylko mieć wrażenie, że tak to wyglądało. Koniecznym jest poznać konstrukcję, zapoznać się z oryginałami, przeglądać stare zdjęcia, ryciny, żurnale, ale także to, co zachowało się w praktyce, czyli same stroje i dodatki. Do tego wszystkiego stworzyć sobie jakąś konkretną paletę danej postaci, czy grupy osób. Nie dobierać wszystkiego, byleby jakoś było. Ale wiedza. Wiedza jest kluczowa. 

3.10.20

Ludzie i Bogowie - cz. III

 Wracamy do polskiej odpowiedzi na "Bękarty Wojny" - o ile w kwestii fabuły, zgodności historycznej i okien z pleksi postanowiłam się nie wypowiadać, to pozostajemy w sferze damskich kostiumów. O dziwo, jest trochę lepiej! Przede wszystkim: w trzecim odcinku nie ma zbyt wiele pstrokacizny - stonowane kolory pozwalają na obronienie wielu stylizacji. Bardzo ładnie wypada większość sweterków! Niektóre z nich są naprawdę dobrze wyglądające. Pojawia się też parę całkiem porządnych sukienek, które przeszłyby w epoce, w której dzieje się serial. Problemem nadal są bardzo obcisłe, albo dość rozkloszowane spódnice i dziwne nakrycia głowy.


Tutaj mamy koszmarną woalkę, która kompletnie nie ma sensu i wygląda po prostu źle. Jest jakoś niedbale zarzucona, chyba miało to wyglądać jak birdcage - tylko, że woalki birdcage to bardziej druga połowa lat czterdziestych i lata pięćdziesiąte. Raczej nie okupowana Polska w roku 1941. I raczej na okazje wieczorowe.


Tutaj mamy widok na sukienkę. Jest to coś z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych - dodajmy całkiem ładne coś i w sumie może przejść na inspirację latami czterdziestymi bez jakiś ogromnych zgrzytów - po czym widać, że to późniejszy twór: krój kołnierzyka i kokardka pod nim, a także widoczne pod koniec odcinka zapięcie w postaci zamka nylonowego biegnącego przez plecy. Jednak i tak nie wygląda ta sukienka bardzo nie na miejscu. Może być.


Ta sukienka (bluzka?) wygląda trochę za bardzo jak lata osiemdziesiąte - przydałoby się przeszyć rękawy, by nadać im trochę inny kształt i zrezygnować z syntetycznej koronki - kołnierzyk można byłoby zastąpić kordonkiem. Też ten duży guzik, albo broszka pod szyją, bardzo krzyczy latami osiemdziesiątymi. Na plus to, że wzór sukienki nie jest jakoś mocno krzykliwy i po przeszyciu mogłaby spokojnie ujść.


Ten sweterek jest bardzo ładny - ma śliczne rękawki i wygląda po prostu jak epokowy - zdecydowanie na plus. Niestety potem widzimy spodnie z wysokim stanem, które w Polsce podczas okupacji by nie przeszły jednak nigdzie poza plażą albo pracą. Spodnie miały problemy z przyjęciem się u nas nawet w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Jeśli byłoby to odzienie robocze, albo typowo sportowe, to tak, ale eleganckie spodnie - no raczej nie. 


Kolejny udany sweterek! Wygląda cudownie! W ogóle ta postać ma najlepsze stylówki w całym serialu. 


Powrót dziwnych nakryć głowy - nie jestem przekonana do nich w ogóle - wyglądają raczej jak coś z lat sześćdziesiątych, albo jak coś, co jest typowo współczesne, w dodatku umieszcza się je w szalonych miejscach - ja rozumiem, że lata czterdzieste to był okres kapeluszowego szału i bardzo wiele chwytów było dozwolonych, ale to wygląda nieepokowo. Ciekawy natomiast jest płaszcz (później widziany z przodu) i sukienka blondynki - to raczej lata siedemdziesiąte, ale wyglądają całkiem dobrze, jedynie odrobinę można by zmienić rękawy.


Tutaj mamy do czynienia z koszmarem odcinka. Pin-upowa stylizacja, rodem z uniwersum Wojennych Dziewczyn. Stylizację dałoby się obronić, gdyby były to lata powojenne - rozkloszowana spódnica, bardzo głęboki dekolt, żakiecik zalatujący lekką inspiracją New Lookiem Diora (ale no jednak widać, że to coś dużo bardziej współczesnego) - do tego włos na gwiazdę Hollywood z okresu powojennego. I te brzydkie, współczesne buty, zupełnie nie komponujące się z resztą stylizacji. 


Tutaj mamy piękne rękawki i całkiem ładną sukienkę. Nie wiem czy to oryginał, czy może coś, co zostało bardzo zmyślnie przerobione - może być to ubranko oryginalne, albo po prostu coś z wiskozowym kołnierzykiem - w jednej scenie pod światło widać dość charakterystyczną stopioną, połyskującą wiskozę na kołnierzu - taki efekt otrzymuje się, kiedy przygrzeje się żelazkiem za mocno i rayon zaczyna się po prostu topić. Ale ten ubiór na plus. 

Kolejny bardzo uroczy sweterek z bufkami i dodatkowo haftowanymi kwiatkami. Jak najbardziej na miejscu. Nie podoba mi się za to broszka, która wygląda dużo bardziej współcześnie. Można byłoby z niej spokojnie zrezygnować.

Ołówkowe spódnice w tym biurze to jakaś zmora. Rany. Wszystkie dziewczyny w ołówkach - a to przecież krój z lat pięćdziesiątych. Kiedy kadry pokazują tylko górę, większość tych bluzek z bufkami daję radę, chociaż trochę szeleści poliestrem, ale kiedy widzimy całą sylwetkę, to te ołówki zupełnie psują efekt.

Póki co to tyle! Do następnego odcinka.

22.9.20

Ludzie i Bogowie - cz. II

 W porównaniu z odcinkiem pierwszym, odcinek drugi pod względem mody damskiej prezentuje się odrobinę lepiej. Przede wszystkim nie ma aż tak nachalnej pstrokacizny, w tak wielu ujęciach. Stroje są raczej w zgaszonych barwach, przez co często i gęsto udaje się ukryć, że wcale nie są one historycznie poprawne - znajdują się jednak nadal pewnego rodzaju ancymonki. 

Kelnerki w wielu ujęciach ewidentnie mają na sobie 80sdoes40s, ale udaje się to ukryć za pomocą mniej więcej spójnego klucze kolorystycznego. Całkiem udanie prezentuje się też ta purpurowa sukienka, chociaż ma trochę za głęboki dekolt jak na swoje lata - mimo wszystko, spokojnie może ujść. Problem zaczyna się przy współczesnym kapeluszu i niefortunnym zdobieniu (najlepiej popatrzeć w ruchu, wtedy ewidentnie rzuca się w oczy jego plastikowość). 
W scenie na rynku mamy kilka nieudolnych stylizacji, dziewczyna w niebieskim berecie to jedna z nich. Ołówkowa, bardzo obcisła spódnica to zdecydowanie nie są lata czterdzieste, w dodatku w zestawieniu z zielonym, najprawdopodobniej tyrolskim żakietem i intensywnie niebieskim beretem to wygląda totalnie nieepokowo i niezbyt ładnie. 
Zielony zestaw nawet by przeszedł, gdyby sweter nie był tak wyciągnięty i nie sprawiał wrażenia oversizowego - w formie obecnej, to jednak krzyczy przełomem lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych - pochwalić natomiast można brązową stylizację. 
Stonowana brązowa stylizacja, z bliska zdecydowanie wygląda współcześnie, ale z daleka fajnie da się ją obronić i prezentuje się na dobrze na dojrzałej kobiecie, która niezbyt podążą za modą i jej styl osadzony jest jeszcze mocno w latach trzydziestych - jest to całkiem ok.

Tutaj znowu dostajemy bistorowym szaleństwem - ta urocza szmizjerka to zdecydowanie lata osiemdziesiąte - gdyby trochę przerobić rękawki i kołnierz jeszcze można byłoby próbować tego bronić, ale tak niestety trochę za bardzo się odcina od swojej epoki. 
Ta bielizna to też zdecydowanie późniejsze lata - obstawiam sześćdziesiąte, albo nawet siedemdziesiąte. Przede wszystkim dość dobrze widać, że to są rzeczy z lekkim, syntetycznym połyskiem i zapięcia z tyłu, plus plastikowe żabki do pończoch jednak rażą. 
Tutaj więcej widoków na tą niezbyt dobrze dobraną bieliznę. Mały plus, że to jednak pończochy, a nie rajstopy. Do tego widać butki u obu pań w stylu retro, ale ewidentnie z Lulu Hun, albo tym podobnej marki - ten obcas raczej lepiej wyglądałby przy latach sześćdziesiątych, niż czterdziestych.

13.9.20

Ludzie i Bogowie - bistorowa okupacja cz. I



Nasze ukochane TVP ruszyło z najnowszą produkcją osadzoną w latach wojennych, pt. "Ludzie i Bogowie". Nic o tym zupełnie nie wiedziałam, ani nie słyszałam, dopóki wczoraj nie zaatakowały mnie reklamy na stronie wp.pl Przejrzałam fotosy i już wiedziałam, że będzie wesoło i, że jak zwykle w kwestii kostiumów kobiecych nasza telewizja publiczna się nie popisała i znowu obserwujemy na ekranie jakąś radosną wariację i wyobrażenie na temat mody lat czterdziestych, przefiltrowane przez lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte z lekką nutą amerykańskiego pin-upu. Słowem: stylistyka z Wojennych Dziewczyn nadal żywa i nadal ma się dobrze. Przejdźmy jednak do szczegółowej analizy. 
Widać, że serial ma dość mały budżet i stara się to maskować na różne sposoby. To w tle najczęściej widać kostiumowe niedociągnięcia i są one wręcz masowe. Trudno wyłapać jakąkolwiek kobietę, która ubrana byłaby zgodnie z epoką. Tutaj mamy jakieś szaleństwo lat sześćdziesiątych z pelerynką i podróżnym kufrem. Kolorystyka i krój zupełnie nie wyglądają na czas okupacji. 

Tutaj mamy za to spotkanie grupy Daily Elegance - albo jakiś skromny pin-up. Sukienki na halce to lata pięćdziesiąte. Te nieszczęsne berety to też bardziej współczesne wyobrażenie o latach czterdziestych. Płaszcze również odbiegają od epokowych. Ten granatowy uszedłby w innym anturażu, ale przez to, że absolutnie każda rzecz jest z innej parafii to nic tutaj się nie broni. 
Sceny w lokalu są po prostu szałowe. Natężenie zła przekracza wszystkie normy. Koronnym przykład to... To coś w kolorze malinowo-miętowym. Ten zestaw to jakiś koszmar, który trudno przyporządkować mi do jakiejkolwiek epoki. Nie wiem co było tu inspiracją, nie wiem, czemu ktoś pomyślał, że coś takiego może przejść jako lata czterdzieste. Dla mnie to bardziej styl country i strój dla zdesperowanej fanki Dolly Parton. 

Panie kelnerki w tym lokalu noszą pończochy samonośne i stroje, które nie uchodziłyby nawet w domu uciech. Elastycznych pończoch samonośnych wtedy jeszcze nie było, a te stroje to trochę jednak stylizacja na Castle Party dla odważnej. Epokowo to zdecydowanie nie wygląda. Podejrzewam, że inspiracją były stroje Marleny Dietrich z "Błękitnego Anioła", ale coś mocno wysypało się po drodze. To po prostu wygląda tanio i źle. Trochę jak kostiumy z Leg Avenue. 
80sdoes40s, czyli sukienka z lat osiemdziesiątych, która robi za lata czterdzieste. Nie jest to tak złe, jak panie kelnerki i pani w malinowo-miętowej impresji na temat country, ale jednak no widać, że zarówno kolorystyka, jak i wzornictwo są nieepokowe. 
Pani artystka z elastycznymi, długimi rękawiczkami, współczesnym toczkiem i współczesnymi klipsami też wygląda bardzo współcześnie, tudzież rodem z impresji lat osiemdziesiątych o czasie okupacji. Takich rzeczy nie było. Te frędzle przy ramionach ewidentnie wyglądają na syntetyki, toczek byłby raczej ze słomy pokrytej farbą, albo obitej aksamitem i nie byłby z syntetycznej siatki - takich rzeczy wtedy nie było. 
Nakrycie głowy jest ewidentnie współczesne. To nie jest kształt ani lat czterdziestych, ani trzydziestych. Uszłoby to jeszcze w latach pięćdziesiątych. I znów mam dziwne wrażenie, że część Kopfbekleidungu w tym serialu jest noszona odwrotnie...
Szalone lata pięćdziesiąte - sukienka na halce, kopertowy dekolt, płaszczyk też zdecydowanie o kroju powojennym. Mamy okupowaną Warszawę, a czuć trochę powiew Kalifornii. Albo powiew retro ciuszków spod znaku Collectif, czy Lindy Bop. 
Trochę śmiechłam z tego co tu się stało z tym pasem do pończoch. Raczej jest to pas z lat sześćdziesiątych i generalnie nie czepiałabym się, bo pończochy są przynajmniej na jakimkolwiek pasie... ale te nieepokowe gacioszki i to, że pas zamiast na talii zjechał na wysokość miednicy... Ajj... Po co było filmować to w detalu? 
Ta koszula krzyczy przełomem lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, Laurą Ashley i stylistyką Domku na Prerii. 

 Na deser mamy jeszcze bistorową bluzkę, która uszłaby jakby była to produkcja osadzona w czasach PRL. Do lat czterdziestych nijak się ma ten deseń. 

Podsumowując pierwszy odcinek: to wszystko strasznie razi taniością. Niestety to naprawdę widać i przez to, że różne detale są tak skopane, nie tylko w kwestii mody kobiecej, polskie seriale wyglądają tak strasznie biednie na tle choćby Babilon Berlin. To niedoinwestowanie widać i niestety to wszystko tworzy wrażenie ogólnej bylejakości. Oczywiście większość osób nie będzie w stanie powiedzieć, że coś jest nie tak, ale porównując "Ludzi i Bogów", "Wojenne Dziewczyny" i inne polskie produkcje, z produkcjami zagranicznymi, to jednak coś tak trąci niechlujstwem. Dużo lepiej wszystko prezentowałoby się gdyby lokacje mające być Warszawą, nie były odnowionymi łódzkimi kamienicami obłożonymi pastelowymi tynkami, a stroje chociaż kolorystycznie starały się być spójne - gdy osoby odpowiedzialne za stroje serwują taki misz-masz stylistyczny i taką straszną pstrokaciznę, to dużo trudniej ukryć wszelakie niedociągnięcia, które byłyby do ogrania, jeśli zdecydowano by się na jakiś konkretny, najlepiej ciemny, klucz kolorystyczny. Przy wybieraniu tak jaskrawych barw i pstrokatych deseni, bardzo trudno ukryć jest szelest bistoru. Nie będą go w stanie zagłuszyć kolejne wybuchy i strzały. 

Powiem Wam jeszcze gratisowo jak to wygląda trochę z drugiej strony. Często piszą do Breslauerin osoby chcące coś do teatru, czy telewizji. Proponujemy im oryginały z epoki, ale okazuje się, że nie, a bo za smutne i za drogie. Ma być tanio i pstrokato. 200 zł za sukienkę zdecydowanie przekracza możliwości finansowe. Takie podejście niestety owocuje tym, co potem serwuje się nam na ekranie. Zdecydowanie lepiej wyglądałaby mniejsza ilość statystów i wyłożenie większej kwoty na skompletowanie pięknych kostiumów. Niekoniecznie z epoki, ale zaproponowanie uszycia kostiumów, komuś, kto bardzo dobrze się na tym zna, albo chociaż wykorzystuje oryginalne, epokowe wykroje. Mam naprawdę serdeczną nadzieję, że kiedyś to podejście ulegnie zmianie i stroje zacznie się traktować z trochę większą powagą, niż coś do odbębnienia byle jak.  

30.3.20

ABC Mody – nr 1/1931 - Stroje wizytowe dla pań i panów

Dzisiaj dla Was krótki artykulik z dość ciekawej gazetki Abc Mody wydawanej w przedwojennej Polsce. Format o tyle interesujący, że nie koncentrował się na jednej tylko płci, a składał się z niewielkich artykułów o modzie damskiej i męskiej. Każda z części przedzielona była rycinami, tak, że po jednej stronie kartki były trendy dla kobiet, po prawej dla mężczyzn.
Co jednak proponowano w pierwszych miesiącach 1931 roku jako strój wizytowy?


27.1.20

Betty Barclay - pasiasta tajemnica

Spora część z Was przynajmniej ze słyszenia zna sieciówkę Betty Barclay - nie jest ona może specjalnie popularna w Polsce, ale z tego co się orientuję mają parę sklepów w Polsce i stosunkowo dużą ilość używanych ubrań od nich można znaleźć na serwisach aukcyjnych.

30.11.19

"Bitwa Warszawska" - co poszło nie tak z kostiumami?

Na temat "Bitwy Warszawskiej" powiedziano już naprawdę wiele złego. Nie da się ukryć, że nie jest to kino wybitne pod jakimkolwiek względem. Widzów zawiodły zarówno kwestie techniczne jak i sama niezbyt dobrze poprowadzona narracja oparta na wątku miłosnym na linii Natasza Urbańska - Borys Szyc. Szczególnie dostało się Urbańskiej. Nie jej wina do końca, że obsadzono ją w roli, do której kompletnie nie pasowała. Jednak zostawmy jej grę aktorską, czy dyskusyjną decyzję podczas castingu, a skupmy się na kostiumach i samej charakteryzacji.