15.3.15

Lolita, goth, czy retro?

A może elementy wszystkiego połączone ze sobą? Tak prezentuję się w dniu dzisiejszym. Co do treści nie będę na siłę przedłużać: zaczęłam pisać biografię Heydricha i zapewne tym żyć będę kolejne kilka miesięcy/lat. Póki co mam 6 stron o jego rodzinie od strony ojca.
Co do zestawu ubraniowego, przechodząc płynnie w inny temat, to mam pewne przemyślenia odnośnie wzoru na spódnicy. Ostatnio często nazywa się coś takiego mianem "barokowego", a mi raczej przywodzi to na myśl secesyjne tapety. Kto co lubi.
Spódnica: H&M
Bluzka: Zara
Broszka: Targ Staroci
Buty: Deichmann


22.2.15

Zamówienie od TopVintage cz. II - Peplum - Miss Candyfloss

Druga z moich zamówionych jakiś czas temu sukienek nie nadaje się do robienia zdjęć "na płasko". Wygląda tak nietwarzowo, jak tylko można sobie wyobrazić. Zupełnie inaczej sprawa ma się "na modelu". Niżej prezentuję wam parę zdjęć popełnionych wczoraj przez zaprzyjaźnioną osobę, podczas mojego wypadu do Łodzi z Kasią, w celu nabycia biletów na koncert DL. Niestety misja zakończyła się niepowodzeniem i wygląda na to, że będziemy musiały obejść się smakiem. 
Co do samej sukienki: Wykonana jest ona z ciepłej, solidnej dzianiny o ciemnoturkusowym kolorze. Oryginalnie posiada ona zamszopodobny pasek, jednak ze względu na małą ilość dziurek zamieniłam go na czarny z sukienki od Restyle. Jedynym minusem ubrań od Miss Candyfloss jest właśnie ta skandalicznie mała ilość dziurek. Mam w pasie około 60 cm i przy rozmiarze S pasek spada mi na biodra. Co do reszty elementów nie mam żadnych zastrzeżeń. Ubranko jest zwyczajnie przepiękne i doskonale się w nim czuje. Ma dość głęboki dekolt, który wewnątrz wykończony jest podwójną warstwą materiału, przez co nie świeci się biustem na prawo i lewo. Baskinka dodatkowo podkreśla talię. Pod sukienką żadną miarą nie da się zainstalować pinupowej, czy loliciej halki, tak jeśli ktoś w ogóle by próbował. Nie ten krój. Rękawy zapinane są na dwa guziki, które zostały bardzo mocno przyszyte, więc nie ma obaw, że odpadną po pierwszym założeniu.

Outfit:
Sukienka: Miss Candyfloss
Buty: Deichmann
Toczek: Vintage
Kolia: Orsay
Pierścionek: Sklep indyjski
Pasek: Restyle






18.2.15

Ever after High - Duchess Swan

       Dużo wody upłynęło w Odrze zanim zakupiłam kolejną Everkę. Dość długo nosiłam się by kupić Lizzie Hearts (zrobię to wkrótce), ale ciągle wypadało coś, co absolutnie musiałam zdobyć i mimo tego, że dzięki dość dobrze płatnej pracy na nic nie brakuje, to zwyczajnie nie nadążam za przelewaniem z konta na paypal. A ostatnio jak na złość wyskakuje coraz to więcej książek, gazet, archiwaliów, które są mi niezbędne do pisania biografii Heydricha. Lalki musiały zatem poczekać.
     Zrobiłam jednak jeden wyjątek i w tym tygodniu, zaraz po wypłacie nabyłam Duchess Swan. Spontanicznie. Zobaczyłam ją w sklepie i wróciła ze mną do domu. 
Duchess jest córką Księżniczki Łabędzi. Jej historia ma się zakończyć tragicznie, jednak Duchess za wszelką cenę pragnie tego uniknąć. Mimo, że jej matka, pokorny Biały Łabędź nie należała do specjalnie charakternych osób, Duchess zdaje się być jej przeciwieństwem i mieć więcej z Czarnego Łabędzia. Rozdarcie pomiędzy białym a czarnym dość widocznie zaznaczone zostało na designie lalki. Od czarno-białych włosów, poprzez wzór na spódnicy, gdzie widzimy białe jak i czarne pióra, aż po elementy biżuterii: częściowo srebrzyste, częściowo czarne. 
Duchess jest nieco wyższa od pozostałych Everek z mojej kolekcji. Ma też inny mold. Jest on mniej pyzaty, przez co wygląda bardziej dojrzale. Jest zdecydowanie najładniejsza z dotychczasowej kolekcji. Kolor jej skóry jest jaśniejszy nawet od Apple White i Raven Queen. Policzki zaznaczone zostały dodatkowo poprzez delikatny róż.
Ozdoba do włosów Duchess składa się z czarnych pereł, opaski i ozdoby z piór w kolorze bladofioletowym (tu wygląda bardziej na różowy, jednak aparaty fotograficzne mają pewien problem z łapaniem odcieni fioletów). Szczęśliwie dla Duchess i mnie włosy nie zostały pokryte gumą, którą Mattel uwielbia usztywniać pukle swoich produktów. U Duchess są one idealnie ułożone i bez użycia klejącego paskudztwa.
Biżuteria Duchess rzecz jasna jest inspirowana łabędziami, stąd w jej uchu znajdują się pierzaste, srebrzyste kolczyki.

Motyw łabędzia widoczny jest także na pierścionku Duchess. Choć z początku trudno to dostrzec, to przedstawia on łabądka z koroną na głowie. Zakładany jest na dwa palce lalki.
Ten sam łabędź widoczny jest na bransoletce Duchess.
Buty lalki inspirowane są baletkami. Rzecz jasna, jak to w Ever After High bywa są one na koturnie. Pokryte są ornamentami, w centrum których widnieje motyw kokardki. Baletki są wiązane na kokardę w kolorze bladofioletowym, analogicznym do ozdoby, którą Duchess nosi na głowie. 
Kolejną ozdobą lalki jest element garderoby przypominający nieco gorset. Nie posiada on jednakże klasycznego kroju, jego środkowa część została wykrojona (co pomaga nakładać Duchess na stojak). W dolnej partii gorsetu widoczna jest lamówka z czarnych piór.
Czarna jest także kolia Duchess, na niej również znajdują się pióra, ale także kryształ i perełki, podobne do sznura biegnącego przez czoło lalki. 

Duchess podobnie jak pozostałe Everki wyposażona została także w torebkę. Jest to falbaniaste cudo, którego większa część jest koloru bladofioletowego. Zapięcie ozdobione zostało łabądkiem w koronie.

Duchess Swan, podobnie jak jej koleżanki, wykonana została bardzo starannie. Powiedziałabym nawet, że prezentuje się ona nieco lepiej od reszty. Jej głowa wykonana została z mocniejszego tworzywa. Na plus wymienić można po raz kolejny brak klejącego żelu we włosach, a także nowy, bardziej wdzięczny mold.

3.2.15

Zamówienie od TopVintage cz. I - Lindy Bop "Vivi"

Jako, że ostatnio pozbyłam się paru elementów z mojej garderoby, to ich brak wynagrodziłam sobie dwoma sukienkami, które zamówiłam z TopVintage. Jako, że na razie nie wychodzę za bardzo z mojej nory, bo sesja już za mną, a większy wyjazd jakoś za tydzień, albo dwa (archiwa w Dreźnie), to nie uśmiecha mi się paradowanie po zimnie bez większego sensu. Dlatego dzisiaj zdjęcia sukienki są znów na plaskacza i będą oczekiwać na lepsze czasy sfocenia na mnie. Tak swoją drogą, za każdym razem z Kasią obiecujemy sobie porobić zdjęcia z wyjazdu, chociaż jakieś głupie, byleby były, a zawsze kończy się to tak, że w magiczny sposób o tym zapominamy, bo pochłonie nas coś w archiwum. Albo będzie taka groza i zimno, jak ostatnio w Dreźnie. A było nie do zniesienia, w dodatku w archiwum miejskim tradycyjnie nic nie załatwiłyśmy. To już kolejny rok pecha. Okazało się, że w archwium landu są bardziej ogarnięci ludzie i da się coś tam zdziałać. Skończmy jednak to złorzeczenie na zimę i Drezno i przejdźmy do sukienki.

Lindy Bop ciekawi wiele osobniczek. Ich asortyment jest bowiem podejrzanie tani jak na sukienki pin-up, czy retro. Coś po prostu w tym śmierdzi. Postanowiłam jednak zaryzykować. Prócz pięknej kiecki od Miss Candyfloss( http://topvintage.net/en/vintage-retro/40s-hanna-peplum-dress-in-petrol/), którą upolowałam na promocji (trafiło mi się jak nie wiem), to dodatkowo, jako, że na pierwszą z nich miałam wydać dwa razy tyle, postanowiłam kupić sobie drugi ciuch. A jeszcze do tego miałam zniżkę 15%. I tak trafiła do mnie Vivi od Lindy Bop. Jak zwykle w TopVintage przesyłka była u mnie w trzy, albo cztery dni. W każdym razie odbyło się to skandalicznie szybko. Dodatkowo, prócz sukienek otrzymałam uroczy gratis, o czym już wspominałam. Długopis w kształcie szminki. Co prawda przez kilka dobrych dni zastanawiałam się czy to się w ogóle otwiera, czy może to tylko taki gadżet bez większego zastosowania. W końcu jakoś majstrując długie minuty zdjęłam czerwoną część i moim oczom ukazał się długopis. Eureka. 

Magia!
Prócz długopisu w fioletowym woreczku znalazły się też słodycze. Zostały skonsumowane. Sukienka od Lindy Bop, wbrew moim obawom okazała się być bardzo ładnie rozkloszowana. 

Co do długości przy moim wzroście nieco ponad 170 cm sięga mi trochę za kolano. A bałam się, że będzie dużo krótsza. W końcu przy takiej cenie nietrudno wszędzie szukać podstępu (chociaż oczywiście z perspektywy osób niealternatywnie ubierających się cena i tak jest dość wysoka, to jednak w swojej lidze jest to ubranie naprawdę podejrzanie tanie). Okazało się, że obawy są bezpodstawne i jest to bardzo ładne wdzianko w bardzo żywych i optymistycznych, wiosennych kolorach. Klasyczny krój nawiązujący do lat 50 idealnie komponuje się z halką, która sprawia, że powstaje piękny, kwiatowy klosz.
 Do sukienki dołączono pasek bez dziurek i tego dzyndzla (pewnie ma on jakąś profesjonalną nazwę, ale wybaczcie nie znam jej, a google nie rozumieją moich zapytań), dzięki czemu mogę bez przeszkód regulować sobie talię jak chce bez ryzyka, że dziurek jest za mało (co mnie spotyka notorycznie).
Górna część sukienki posiada poliestrową podszewkę, przez co materiał nie gryzie. Góra jest trochę kimonowata i nie posiada guzików. Dekolt jednak nie rozchodzi się, ponieważ jest dość dobrze zaszyty. 
Wewnętrzna część materiału nie została zadrukowana i to mnie trochę martwi, bo nie wiem jak będzie wyglądać po praniu, mam nadzieję, że nie będzie zacieków, czas jednak to zweryfikuje.
Skład wdzianka. Mimo, że jest on bliźniaczy do restylowego (wyjmując podszewkę, której w restylowej Coat Dress nie ma), to jest dużo cięższy i bardziej mięsisty. I nie łapie kurzu, włosków i innych okoliczności natury. Sukienka jest dzięki temu dość ciepła.
Większość szwów jest bardzo staranna i nie sterczą z nich nitki. Niechlujny wyjątek stanowi okolica suwaka, którą widzicie na powyższym zdjęciu. Złota maksyma mówi jednak grunt to frunt i nikt tych dodatkowych naszyć widzieć nie będzie, a i nie obcierają one nóg (tym bardziej jak się sukienkę nosi z halką).

Jeśli macie wybierać pomiędzy sukienkami z Hell Bunny, a Lindy Bop, to nie wahajcie się kupować tych drugich. Prezentują się zdecydowanie lepiej. Są cięższe i staranniej wykonane.

Zapraszam Was też do zalajkowania mojego fanpage'a:
Poli Loli na Facebooku 

1.2.15

Sesja w ogrodzie ossolińskim cz. II

Sukienka: Miss Candyfloss
Płaszcz: Fanplusfriend
 Bałam się zapytać fotografki czy zwęziła mi zadek i talię w photoshopie (vide zdjęcia na ławeczce od tyłu), czy rzeczywiście one tak wygląda. Chyba, że przyzwyczaiłam się tak bardzo do halek i do sukienek z nieco wyżej odciętą talią, że sama nie wiem jaki mam w istocie kształt i pojemność. Dodam tylko, żeby jednak ta notka miała jakąkolwiek pojemność merytoryczną, że otrzymałam w tym tygodniu moje kolejne sukienki od Top Vintage (jedna od Miss Candyfloss, druga od Lindy Bop), obie są strasznie śliczne i dodatkowo jak zwykle w gratisie dostałam woreczek ze słodyczami i długopisem w kształcie szminki.
No i zapomniałabym! Facebookowy profil mojego blogasia: https://www.facebook.com/poliloliblogspot?ref=bookmarks









31.1.15

Retro Coat Dress z Restyle

Nie mam serca do recenzji, ale wiele osób mi mędzi o tym, żebym podzieliła się wrażeniami na temat pożądanego modelu z nowej kolekcji Restyle. Mowa o Coat Dress, którą nabyłam jakoś w świątecznym sezonie. Niestety nie doczekała się ta piękna sukienka sesji zdjęciowej jeszcze, ale postaram się to zmienić, bo niestety sama nie umiem zrobić jej ładnych zdjęć, które oddadzą w pełni jej urok. A to dlatego, że jest kruczoczarna i robienie sobie w niej samojebek kończy się na tym, że wyglądam jak czarna plama. A przy słabym, zimowym świetle o dobrych zdjęciach na sobie nie ma mowy. Zamówiłam rozmiar S. Zdjęcia, które jej zrobiłam są znacznie rozjaśnione, bo inaczej nic nie byłoby widać.
Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to to, że sukienkę wykonano z ogromnej ilości materiału. Jest mega szeroka i nawet halka-potwór z classical puppets ma problem z udźwignięciem jej. Druga sprawa to jest długa. Mierzę sobie 172 cm i dosięga mi do końca łydek (końca od strony stóp). Wykonana została z bawełny. Szczęśliwie, w przeciwieństwie do rzeczy z Punk Rave, człowiek nie poci się w niej jak szalony. Bardzo na plus. Inna sprawa, że do materiału przylega wszystko: włoski, paproszki, kurz. Po całym dniu poza domem trzeba ją po prostu uprać, bo zbiera za sobą wszystko. Drugim minusem jest to, że bawełna ma to do siebie, że się gniecie... i to bardzo, dlatego zaraz po wypraniu trzeba się przyszykować na prasowanie.
Niedogodności te wynikłe z zastosowanej tkaniny niwelowane są jednak, bo sukienka prezentuje się naprawdę pięknie i nie wygląda na dzieło Restyla. Jest porządnie uszyta, nie sterczą z niej nitki, nie ma krzywych szwów, które dość często przytrafiały się w różnych produktach z tego sklepu. Widać, że postarano się o poprawę jakości i widać to dość dobrze przy Coat Dress. 
Kołnierzyk wykończony został przyjemną, aksamitnopodobną lamówką, która paradoksalnie zbiera dużo mniej wszelakich kłaczków niż reszta sukienki. Lamówka została starannie przyszyta, nie odłazi, nie wychodzą z niej nici. 
Sukienka ma dwa rzędy guzików. Wykonano je z plastiku pomalowanego srebrną farbą. Po paru myciach powłoczka nie odeszła, ani nie pokruszyła się. Z analogicznego materiału wykonano klamrę paska. 
Zbliżenie na guzik. Sukces, po paru praniach nie odleciały i trzymają się całkiem dobrze. 
Tak zaś prezentuje się wewnętrzny szew, jak widać nie jest źle. Sam materiał natomiast jest dość cienki i zdecydowanie nie posłuży jako okrycie wierzchnie, chyba, że w letni wieczór. Wdzianko jest typową sukienką, a Coat przypomina jedynie z kroku.

Rękawy sukienki mają długość 3/4 i są wywijane. Mają jednak tendencję do opadania, więc trzeba ich pilnować. 
Czy warto nabyć Coat Dress? Tak, zdecydowanie, jest to ładny, porządnie wykonany produkt za rozsądną cenę. Ogrom materiału, który przy dobrej halce tworzy spektakularny klosz, do tego elegancki kołnierz z aksamitną lamówką i taliowanie, sprawiają, że sylwetka prezentuje się bardzo smukło i kobieco. Coat Dress wygląda zdecydowanie lepiej niż sukienki z Hell Bunny i zapewne dłużej niż one posłuży. Problemy z nią mogą mieć osoby niskie, w wielu wypadkach okaże się bowiem, że jest ona do ziemi. Z tego co wiem skracanie u krawcowej nie kosztuje majątku i można sobie taką przyjemność zafundować. Jest to też jedna z niewielu rzeczy w restylowej ofercie, która wygląda tak, jak na zdjęciu sklepowym.

28.1.15

Zakupy


Takie rzeczy nie u nas pinterest.com

Może mam po prostu pecha. Może coś się na mnie uwzięło. Nie chcę tutaj robić notki pod tytułem „Polska jest besęsu”. Nie o to chodzi. Chcę tylko opisać pewne zjawisko towarzyszące mi od wielu lat. Mam wrażenie, że ciąży na mnie fatum.  
 Interesuje się paroma rzeczami: religioznawstwem, szczególnie wierzeniami pogańskimi, historią Kaukazu, Heydrichem, muzyką i magią. Można by dorzucić do tego też ciuchy i kosmetyki, z tym, że nie traktuje ich jako moich zainteresowań. Niemniej i ich ta notatka dotyczy. Czymkolwiek się jednak nie zajmę, to zawsze kończy się to tak, że przeszukując rodzimy rynek nie znajduje zbyt wiele rzeczy, które mogłyby być mi przydatne. Pojedyncze książki, często niezbyt dobrze napisane, bądź totalnie beznadziejne. Jak już coś ciekawego się trafi to kosztuje miliony złotych monet. Żeby poszerzyć wiedzę, czy kupić łach, który mi się podoba, sięgam do oferty zagranicznych sklepów. I oczywiście bezsensownym jest porównywać allegro do taobao, czy ebaya, ale często nasi południowi sąsiedzi (Czesi) dysponują ciekawszymi rzeczami. Wielokrotnie dużo tańszymi niż u nas. Zastanawiam się: O co chodzi? Wydaje mi się, że sprzedawcy w Polsce boją się ryzykować i nie profilują się na ludzi o jasno sprecyzowanych zainteresowaniach, czy guście. Panuje misz masz. Pozornie wszystkiego jest dużo, ale po bliższym przyjrzeniu się, widzę, że król jest nagi. Przykład? Książki o Trzeciej Rzeszy. Jest ich u nas sporo, ale lwia część nie nadaje się do niczego i stanowi sensacyjny pulp. Tłumaczone są nadal pozycje Irvinga (fuuuuj), Wołoszański nadal na topie. Czegoś rzetelnego ze świecą szukać i to w małych wydawnictwach, bądź pośród publikacji naukowych. Idę do księgarni i nie mam co kupić nawet jak bardzo chcę. A ciągle potrzebuję więcej. Z wierzeniami Kaukazu i jego historią jest analogiczna sytuacja. Dużo jest o kuchni, sporo mniej lub bardziej udanych przewodników, ale jak chcę nabyć coś o Czerkiesach (nie wspominając już o ich wierzeniach)... to mogę sobie włączyć ebay, czy moje kochane betterworldbooks. Czy może wymagam za wiele? Może marudzę. Od wczoraj bezustannie poszukuję kapelusików w stylu lat 40. Owszem w Polsce wykwitło parę sklepów z toczkami, ale wszystkie one są po prostu bliźniacze: kawałek woalki, parę koralików, koronka. Ja chcę kapelusik. Wpisuję kapelusz lata 40. Nic. Wpisuję kapelusz retro. Wyskakuje mi cała gama nakryć głowy, które stylizowane są na lata 20. Próżno szukać wymyślnych nakryć głowy, jakie były w modzie dwadzieścia lat później. Wpisuję te same hasła po angielsku w etsy i mam całą gamę produktów w jakim tylko chcę kształcie i kolorze. Tego typu sytuacje powtarzają się od lat. Zauważam pewien progres, ale jest on dramatycznie wolny. U nas ledwo przędzie Lady Sloth, Czeszki otworzyły w Ołomuńcu stacjonarny lolici sklep. Odzież gotycka, słyszałam o jakiś pojedynczych pojawiających się i znikających miejscach w Warszawie. W Pradze jest ich obecnie kilka. I jeszcze sklep dla otaku. Chyba też nawet więcej niż jeden. Sklepy z odzieżą retro. W Pradze ciągle na jakiś trafiałam. W Polsce są vintage shopy, ale sprzedaje się w nich w większości ciuchy z lat 90, albo asortyment z Hell Bunny. Nie, dzięki. W internecie jest podobnie. Asortyment gotycki należy do Restyle, który jest monopolistą na rynku. W większości rzeczy od nich nie robią na mnie wrażenia, ale jak jest coś ciekawego to kupię. Różnie bywa z jakością, no ale. Retro ciuchy? Britstyle i znów Hell Bunny, czasami w strasznie wysokich cenach. A w zimę też człowiek musi coś na siebie wdziać. Nie chcę tu winić sprzedawców. To nie jest kwestia tego, że nie są świadomi takiego stanu rzeczy i idą na łatwiznę. Polskie prawo jest na tyle nieprzyjazne wszelakim inicjatywom, że nie ma się co dziwić, że ludzie nie chcą podejmować ryzyka i tonąć w długach. I od tego należałoby zacząć zmiany.