27.3.15

Endless Forms Most Disappointing – Nightwish


źródło: Wikipedia.org

       Wspominałam o moim sentymencie do Nightwisha, który stopniowo topniał wraz z Once. Właściwie już Century Child było średniawe. Trzeba sobie powiedzieć na wstępie jasno: Nightwish stał się produktem. Na początku grupa młodych ludzi chciała grać, teraz grupa nieco starszych chce zarabiać pieniądze.
     Koncert z Wacken mnie zaciekawił. Floor miała mega kopa, zespołowi coś się odklajstrowało i zaczęli grać, a nie brzdąkać. Rozrywkowa miła muzyka do sprzątania, nic zobowiązującego, ale rzeczywiście głos pani Jansen stanowił obietnicę zmiany w bandzie. Pozostawało czekać na nowy krążek. W międzyczasie zespół pożegnał się z dotychczasowym perkusistą, dołączył także Troy, specjalizujący się w graniu na różnych piszczałkach i innych folkowych atrakcjach. Nie wyglądało to dobrze. Potem rozeszła się wiadomość, że na albumie pojawi się Dawkins. Oczywiście w celach naukowych. Szkoda, że ten facet jest de facto filozofem, a nie biologiem, a dodatkowo paskudnym mizoginem tępiącym dzieci z zespołem Downa. I nie piszę tego dlatego, że Dawkins jest wojującym ateistą. Niech sobie będzie, to nie jest w nim najgorsze, za to jest to najzwyklejszy na świecie naziol i zwolennik eugeniki. A to już mi znacznie bardziej przeszkadza. Ale Nightwish żywi się skandalami. Gdyby rzeczywiście zależało im na promowaniu nauki wzięliby innych, wartościowych naukowców do współpracy. Na przykład Mary-Claire King. Słyszeliście o niej? Nie? Szkoda.
      Po paru miesiącach ukazał się singiel Elan. Moje obawy rozrosły się jeszcze bardziej. Kawałek był mega źle wyważony, Floor śpiewa w nim za cicho, jakby totalnie przygaszona, przy czym nie miała zbytnio czym być stłumiona w warstwie instrumentalnej. Oczywiście fani zespołu powiedzą, że w Nightwishu chodzi o muzykę nie o wokal... Zaraz to wokal nie jest częścią składową muzyki? Problem w tym, że i instrumentalna warstwa jest bardzo uboga i prymitywna. Dodatkowo zamiast porządnej solówki gitarowej mamy dość smętne piszczałki w wykonaniu Troya. Warstwa tekstowa? Wszystko pięknie, ale podobne teksty czytałam w SS-Leitheft. Typowe Blut und Boden. Podobnie nędzny był nadużywający syntezatorów „Sagan”.
      Album okazał się porażką podobnej skali. Przede wszystkim jest okropnie niespójny. W wielu utworach Tuomas recykluje stare kawałki Nightwisha. Po prostu niektóre pasaże z dawnych piosenek trafiają lekko tylko przearanżowane do nowych. Tworzą się z tego zlepki, które nie brzmią dobrze. Wszystkiemu brak jest jakiejkolwiek harmonii. Najbardziej dotknięte tą niemocą twórczą zostały: Shudder before beautiful ( w którym słyszymy Storytime, Whoever brings the night i Dark Chest of wonders, z chórem zaczerpniętym z Epicy) i Yours is an empty hope ( kopia Master Passion Greed, która brzmi jakby skierowana była do poprzedniej wokalistki, Anette Olzon, mimo, że członkowie zespołu mówią, że to diss na internetowych hejterów, to jednak odniesienia o głosie duszącym się dymem są jednoznaczne. Już tłumaczę: na jednym z koncertów Anette zaczęła się dusić od maszyny dymiącej i uciekła ze sceny. Oczywiście dzielni mężczyźni zamiast pomóc koleżance postanowili grać dalej), Alpenglow (kopia Ever Dream, z koszmarnie przetworzonym wokalem Floor, który pojawia się w drugiej połowie zwrotek). Te recyklowane kawałki są o zgrozo najlepszymi na krążku, mimo tego, są one bardzo niechlujnie posklejane. Znów wszystko, jak przy poprzednich krążkach, tonie w natłoku dźwięku, nadmiaru instrumentów i mimo ograniczenia orkiestry to jest jej nadal stanowczo za dużo, przez co wiele razy słyszymy kakofonię.
       Kakofoniczny jest zresztą 24-minutowy utwór The Greatest show on Earth. Miał być to doskonały song Tuomasa, jego opus magnum, porażające różnorodnością. Fani mówią, że to najlepsze połączenie orkiestry i rocka ever. Powiedzmy sobie szczerze: jest to prymitywny gniot bez pomysłu. Przez pierwsze kilka minut powtarzane jest kilkanaście dźwięków na klawiszach. Napięcie przy tym nie jest budowane, nijak ten motyw się nie rozwija, jak choćby w Sanctus – Lacrimosy (gdzie napięcie narasta tak, że w pewnym momencie powietrze idzie pokroić nożem), czy którakolwiek z części Fassade tego samego zespołu. Nędza okrutna. Potem słyszymy wstrętnie przesterowaną Floor na tle typowego nightwishowego dum dum dum, które w sumie skradzione zostało Hansowi Zimmerowi parę albumów temu. Potem mamy pojedynek między Marco a Floor, który brzmi trochę jak Wish I had an Angel. W to powplatano odgłosy różnych zwierzątek. Potem Tuomas w swojej kompozycji zapodaje nam pasaż całej historii muzyki. Zaczynamy od plemiennych bębenków, przez barok (oczywiście parę sekund Bacha), a kończymy na współczesności. Banał za banałem. Sztampa. Następnie znów dziwne ambientowe dźwięki, Richard Dawkins, klawiszki, które męczyły nas przez pięć początkowych minut i o zgrozo ambientowe dźwięki powracają plumkając sobie przez ostatnie minuty. Koniec. Kakofoniczny, źle złożony dramat. Ale oczywiście fani i znaffcy wyskoczą, że nie rozumiem złożoności tej kompozycji. Drogie dzieci. Posłuchajcie sobie Devil Dolla i potem porozmawiamy o łączeniu orkiestry z rockiem, o progresywności i innych tego typu atrakcjach. Tam nie ma miejsca na zapychacze i powtarzajki, które mają za zadanie tylko rozciągnąć trwanie długości utworu o kolejne sekundy, żeby Holopainen mógł się pochwalić, że stworzył najdłuższą piosenkę w historii swojego zespołu. TGSOE to w istocie zgrupowanie wiecznie powtarzających się, nudnych pasaży składających się na drętwe klawisze, zimmerowskie dum dum, zwierzaki, typową nightwishową sieczkę i Dawkinsa. Król jest nagi. A Devil Doll uzmysłowi wam jak bardzo:
Przy tych cudach słychać całą biedę i nędzę jaką jest TGSOE. Nie jest to w rocku nic odkrywczego, że ktoś robi strasznie długi utwór z symfonią. Devil Doll też nie był pierwszy. Już Deep Purple to robiło i to z efektem dużo lepszym niż Nightwish. Tuomas nie jest żadnym maestro. Nawet orkiestracji sam sobie nie robi. Jest rzemieślnikiem, dobrym do produkcji kolejnych, łatwo wpadających w ucho przebojów typu „Storytime” czy „Nemo”, ale kompozytor z niego żaden, co obnażyły boleśnie jego solowe kaczki. Mnóstwo było tam niekończących się powtórzeń zawartych w około czterominutowych utworach.  Jeden motyw na jeden utwór, żadnych ciekawych volt. Tak samo jest w Endless Forms Most Beautiful. Ubogi krewniak Hansa Zimmera.
     Co jeszcze mnie bardzo w tym albumie ubodło? Słucham go sobie słucham, dochodzi do My Walden. Słyszę drugą połowę utworu i nagle coś mi brzęczy. Gdzieś to już słyszałam. Tak się złożyło, że w ten weekend oglądałam z moją dziewczyną „Rok Diabła”. Piękny i mądry film swoją drogą, bardzo polecam. I tak sobie porównuje Konicky zespołu Cechomor z końcówką My Walden. Kurde. Niestety są do siebie bardzo podobne. Jak wytniemy część fujarek i porównamy partie smyczków, to wręcz bliźniaczo podobne.
       Porównajcie sobie sami: https://www.youtube.com/watch?v=CP_kTIRQgSE najlepiej słychać to porówując fragment od 1:00 z 2:37. Żeby nie było, że jestem paranoiczna. Moja mamuśka bardzo lubi Cechomora. Sadzam ją na kanapie i pytam puszczając fragment My Walden. Nie minęło pięć sekund a mamuśka mówi: Cechomor, przecież mam to na płycie do samochodu. Mówię jej, że Nightwish. Szok. Nieładnie panie Tuomasie. Tuomas zresztą często pożycza sobie fragmenty od innych wykonawców. Porównajcie sobie I want my tears back z Dance of Death Iron Maiden ( od 3:10 https://www.youtube.com/watch?v=LagWWqp5JtQ z 2:58 https://www.youtube.com/watch?v=MZDB0mAMkA4 ), albo Saharę z Immediate Music – Maiden Voyage (https://www.youtube.com/watch?v=A9u-m3kS2dI i  https://www.youtube.com/watch?v=hIsxcLH-u_c ). O sławnym oskarżeniu o plagiat z Evą nie wspominając (https://www.youtube.com/watch?v=xKIcMCSKwC0 ) przykładów zapożyczeń jest jeszcze więcej (https://www.youtube.com/watch?v=dEv8breG_TM ) niektóre mogą być nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, ale jest ich mnóstwo.
       Jak już jesteśmy przy Cechomorze i folku. Elementów folkowych w Nightwishu zrobiło się za dużo. I są one bardzo mierne, zupełnie nie pasują w wielu momentach płyty. Tak jak orkiestra na Dark Passion Play, są one nadużywane i zagłuszają wokal i gitary. I nie komponują się z resztą w żaden sposób. Nieraz, jak w My Walden, są one dodane na siłę, tylko po to żeby zapchać ewidentny brak pomysłu na zwieńczenie utworu. Końcówka (Cechomorowska) nijak nie zlepia się z pierwszą połową utworu. Klej na tym albumie nie zadziałał dobrze i większość elementów zwyczajnie się rozsypuje. Szkoda ogromnego potencjału Floor, ale ja rozumiem, że trzeba czymś na chleb zarobić. Jak chcecie posłuchać sobie porządnego folku z porządną orkiestrą i porządnym chórem to polecam gorąco: https://play.spotify.com/album/7b2EZgfpypb493SnL1xNnk i tu mogłabym też poruszyć jeszcze jedną kwestię. Kwestię lenistwa w Nightwishu. 
     Oni zawsze jadą orkiestrą i chórem z taśm. Nie robią przearanżowania na lajvy, przez co na koncert idziemy posłuchać sobie dużej części muzyki z playbacku. Są zespoły, które nie robią takiej hucpy. Tutaj moim ukochanym przykładem jest Deine Lakaien. Panowie jak nie mogą zagrać ze smyczkami, to robią nową aranżację, tak, że za każdym razem ich utwory na żywo brzmią inaczej. A to zespół elektroniczny jakby nie patrzeć. Panowie nie idą na łatwiznę i nie puszczają muzyki z laptopa. Przez to chodzenie na ich koncerty ma rzeczywisty sens. Ponieważ wykonawcy szanują swoich fanów.
    Porównajcie sobie wykonania Love me to the end:

     A teraz zestawcie to z Ghost love score. Ignorujcie wokale, bo te siłą rzeczy są inne jako, że śpiewają trzy wokalistki:
https://www.youtube.com/watch?v=OVzeimDvWk4
    Po pierwsze mamy tu tragedię inscanizacyjną jaką jest pusta scena, gdzie podkład leci z taśmy a zespół nie ma nic do roboty. Jaki jest w takim razie sens wydawania pieniędzy? Mogę sobie też puścić dźwięki z CD. A przecież symfoniczne pasaże możnaby spokojnie rozpisać na gitary, czy nawet na same klawisze, które stworzyłyby bardzo piękną i intymną interpretację tego nie tak znowu złego utworu.
    A teraz o poważniejszych konsekwencjach użycia taśmy:
    To są trzy różne kobiety, o różnych możliwościach, o różnej barwie głosu, a każe się im śpiewać to samo. Nikt tu się nie rozwodzi nad tym, czy Anette umie wyciągnąć jak reszta. Ma śpiewać tak jak jest podkład, nikt jej nie zmieni aranżacji, bo to wymagałoby przemontowania tych chórów z playbacku i całej orkiestry, która też leci z taśmy. I przez to robi jej się wielką krzywdę i naraża na śmieszność i ataki. Ale ona nie jest niczemu winna, to nie ona napisała ten utwór, nie ona decyduje o aranżacjach. To Holopainen, który nie myśli tu o urozmaiceniu muzycznym, o dodaniu czegoś nowego, ale też o komforcie wykonawczyni, która ma bardzo fajne niskie rejestry, przez co po przemontowaniu utworu pod jej możliwości mogłaby się wykazać tak, że opadłyby nam kopary.

    Nie myślcie sobie, że to oo tylko Deine Lakaien bawi się aranżacjami. Nie. Wróćmy do Cechomora:
    Jak widać da się grać bez taśm. Nawet będąc czeskim folkowym zespołem. Co więcej będąc czeskim zespołem folkowym można używać orkiestry lepiej niż fiński zespół grający metal symfoniczny. I co więcej z orkiestrą można grać na żywo. Nightwish jeszcze tego nie dokonał. Holopainen mówi, że to za drogie. Obawiam się jednak, że po prostu nie ma wystarczających umiejętności do zagrania takiego koncertu. Bo jakoś na granie z orkiestrą stać Cechomora, który występuje w klipach Kauflandu ze świnią. Porównując to z Holopainenem, który zrobił sobie film-laurkę na parę milionów dolarów, to tłumaczenia lidera Nightwisha są niezwykle śmieszne. Tym bardziej, że i w jego gatunku mniej znane zespołu mają występy z orkiestrą za sobą: Xandria, Within Temptation, Epica. Najlepiej wyszło to jednak Therionowi, którego interpretacje Wagnera miażdżą mi żebra. Ale porównywanie Theriona, gdzie zespół naprawdę coś umie i wie co robi, mimo tego, że niektórzy fani łapią się za głowę, jak band wypuszcza francuskie szlagiery z Nightwishem, który jest maszynką do zbijania hajsu, jest wielka różnica.

     Podsumowując: Drodzy fani Nightwisha. Wasz ukochany zespół pluje wam w twarz odgrzewanym kotletem jakim jest ich nowy album i tym, że nie chce im się grać dla was na żywo. Bo używanie taśm i brak chęci do zmiany tego, byście nie musieli słuchać tego, co macie na swoich CD czy w plikach, jest najzwyczajniejszym lenistwem i brakiem szacunku. Nie dajcie się zapinać bez wazeliny. Kupcie sobie nowy album Blind Guardian jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, bo to podobny gatunek a o niebo lepszy materiał.

    PS. Dodatkowo książeczka do Endless Forms ma paskudne ilustracje rodem z doby blogów na onecie.

15.3.15

Lolita, goth, czy retro?

A może elementy wszystkiego połączone ze sobą? Tak prezentuję się w dniu dzisiejszym. Co do treści nie będę na siłę przedłużać: zaczęłam pisać biografię Heydricha i zapewne tym żyć będę kolejne kilka miesięcy/lat. Póki co mam 6 stron o jego rodzinie od strony ojca.
Co do zestawu ubraniowego, przechodząc płynnie w inny temat, to mam pewne przemyślenia odnośnie wzoru na spódnicy. Ostatnio często nazywa się coś takiego mianem "barokowego", a mi raczej przywodzi to na myśl secesyjne tapety. Kto co lubi.
Spódnica: H&M
Bluzka: Zara
Broszka: Targ Staroci
Buty: Deichmann


22.2.15

Zamówienie od TopVintage cz. II - Peplum - Miss Candyfloss

Druga z moich zamówionych jakiś czas temu sukienek nie nadaje się do robienia zdjęć "na płasko". Wygląda tak nietwarzowo, jak tylko można sobie wyobrazić. Zupełnie inaczej sprawa ma się "na modelu". Niżej prezentuję wam parę zdjęć popełnionych wczoraj przez zaprzyjaźnioną osobę, podczas mojego wypadu do Łodzi z Kasią, w celu nabycia biletów na koncert DL. Niestety misja zakończyła się niepowodzeniem i wygląda na to, że będziemy musiały obejść się smakiem. 
Co do samej sukienki: Wykonana jest ona z ciepłej, solidnej dzianiny o ciemnoturkusowym kolorze. Oryginalnie posiada ona zamszopodobny pasek, jednak ze względu na małą ilość dziurek zamieniłam go na czarny z sukienki od Restyle. Jedynym minusem ubrań od Miss Candyfloss jest właśnie ta skandalicznie mała ilość dziurek. Mam w pasie około 60 cm i przy rozmiarze S pasek spada mi na biodra. Co do reszty elementów nie mam żadnych zastrzeżeń. Ubranko jest zwyczajnie przepiękne i doskonale się w nim czuje. Ma dość głęboki dekolt, który wewnątrz wykończony jest podwójną warstwą materiału, przez co nie świeci się biustem na prawo i lewo. Baskinka dodatkowo podkreśla talię. Pod sukienką żadną miarą nie da się zainstalować pinupowej, czy loliciej halki, tak jeśli ktoś w ogóle by próbował. Nie ten krój. Rękawy zapinane są na dwa guziki, które zostały bardzo mocno przyszyte, więc nie ma obaw, że odpadną po pierwszym założeniu.

Outfit:
Sukienka: Miss Candyfloss
Buty: Deichmann
Toczek: Vintage
Kolia: Orsay
Pierścionek: Sklep indyjski
Pasek: Restyle






18.2.15

Ever after High - Duchess Swan

       Dużo wody upłynęło w Odrze zanim zakupiłam kolejną Everkę. Dość długo nosiłam się by kupić Lizzie Hearts (zrobię to wkrótce), ale ciągle wypadało coś, co absolutnie musiałam zdobyć i mimo tego, że dzięki dość dobrze płatnej pracy na nic nie brakuje, to zwyczajnie nie nadążam za przelewaniem z konta na paypal. A ostatnio jak na złość wyskakuje coraz to więcej książek, gazet, archiwaliów, które są mi niezbędne do pisania biografii Heydricha. Lalki musiały zatem poczekać.
     Zrobiłam jednak jeden wyjątek i w tym tygodniu, zaraz po wypłacie nabyłam Duchess Swan. Spontanicznie. Zobaczyłam ją w sklepie i wróciła ze mną do domu. 
Duchess jest córką Księżniczki Łabędzi. Jej historia ma się zakończyć tragicznie, jednak Duchess za wszelką cenę pragnie tego uniknąć. Mimo, że jej matka, pokorny Biały Łabędź nie należała do specjalnie charakternych osób, Duchess zdaje się być jej przeciwieństwem i mieć więcej z Czarnego Łabędzia. Rozdarcie pomiędzy białym a czarnym dość widocznie zaznaczone zostało na designie lalki. Od czarno-białych włosów, poprzez wzór na spódnicy, gdzie widzimy białe jak i czarne pióra, aż po elementy biżuterii: częściowo srebrzyste, częściowo czarne. 
Duchess jest nieco wyższa od pozostałych Everek z mojej kolekcji. Ma też inny mold. Jest on mniej pyzaty, przez co wygląda bardziej dojrzale. Jest zdecydowanie najładniejsza z dotychczasowej kolekcji. Kolor jej skóry jest jaśniejszy nawet od Apple White i Raven Queen. Policzki zaznaczone zostały dodatkowo poprzez delikatny róż.
Ozdoba do włosów Duchess składa się z czarnych pereł, opaski i ozdoby z piór w kolorze bladofioletowym (tu wygląda bardziej na różowy, jednak aparaty fotograficzne mają pewien problem z łapaniem odcieni fioletów). Szczęśliwie dla Duchess i mnie włosy nie zostały pokryte gumą, którą Mattel uwielbia usztywniać pukle swoich produktów. U Duchess są one idealnie ułożone i bez użycia klejącego paskudztwa.
Biżuteria Duchess rzecz jasna jest inspirowana łabędziami, stąd w jej uchu znajdują się pierzaste, srebrzyste kolczyki.

Motyw łabędzia widoczny jest także na pierścionku Duchess. Choć z początku trudno to dostrzec, to przedstawia on łabądka z koroną na głowie. Zakładany jest na dwa palce lalki.
Ten sam łabędź widoczny jest na bransoletce Duchess.
Buty lalki inspirowane są baletkami. Rzecz jasna, jak to w Ever After High bywa są one na koturnie. Pokryte są ornamentami, w centrum których widnieje motyw kokardki. Baletki są wiązane na kokardę w kolorze bladofioletowym, analogicznym do ozdoby, którą Duchess nosi na głowie. 
Kolejną ozdobą lalki jest element garderoby przypominający nieco gorset. Nie posiada on jednakże klasycznego kroju, jego środkowa część została wykrojona (co pomaga nakładać Duchess na stojak). W dolnej partii gorsetu widoczna jest lamówka z czarnych piór.
Czarna jest także kolia Duchess, na niej również znajdują się pióra, ale także kryształ i perełki, podobne do sznura biegnącego przez czoło lalki. 

Duchess podobnie jak pozostałe Everki wyposażona została także w torebkę. Jest to falbaniaste cudo, którego większa część jest koloru bladofioletowego. Zapięcie ozdobione zostało łabądkiem w koronie.

Duchess Swan, podobnie jak jej koleżanki, wykonana została bardzo starannie. Powiedziałabym nawet, że prezentuje się ona nieco lepiej od reszty. Jej głowa wykonana została z mocniejszego tworzywa. Na plus wymienić można po raz kolejny brak klejącego żelu we włosach, a także nowy, bardziej wdzięczny mold.

3.2.15

Zamówienie od TopVintage cz. I - Lindy Bop "Vivi"

Jako, że ostatnio pozbyłam się paru elementów z mojej garderoby, to ich brak wynagrodziłam sobie dwoma sukienkami, które zamówiłam z TopVintage. Jako, że na razie nie wychodzę za bardzo z mojej nory, bo sesja już za mną, a większy wyjazd jakoś za tydzień, albo dwa (archiwa w Dreźnie), to nie uśmiecha mi się paradowanie po zimnie bez większego sensu. Dlatego dzisiaj zdjęcia sukienki są znów na plaskacza i będą oczekiwać na lepsze czasy sfocenia na mnie. Tak swoją drogą, za każdym razem z Kasią obiecujemy sobie porobić zdjęcia z wyjazdu, chociaż jakieś głupie, byleby były, a zawsze kończy się to tak, że w magiczny sposób o tym zapominamy, bo pochłonie nas coś w archiwum. Albo będzie taka groza i zimno, jak ostatnio w Dreźnie. A było nie do zniesienia, w dodatku w archiwum miejskim tradycyjnie nic nie załatwiłyśmy. To już kolejny rok pecha. Okazało się, że w archwium landu są bardziej ogarnięci ludzie i da się coś tam zdziałać. Skończmy jednak to złorzeczenie na zimę i Drezno i przejdźmy do sukienki.

Lindy Bop ciekawi wiele osobniczek. Ich asortyment jest bowiem podejrzanie tani jak na sukienki pin-up, czy retro. Coś po prostu w tym śmierdzi. Postanowiłam jednak zaryzykować. Prócz pięknej kiecki od Miss Candyfloss( http://topvintage.net/en/vintage-retro/40s-hanna-peplum-dress-in-petrol/), którą upolowałam na promocji (trafiło mi się jak nie wiem), to dodatkowo, jako, że na pierwszą z nich miałam wydać dwa razy tyle, postanowiłam kupić sobie drugi ciuch. A jeszcze do tego miałam zniżkę 15%. I tak trafiła do mnie Vivi od Lindy Bop. Jak zwykle w TopVintage przesyłka była u mnie w trzy, albo cztery dni. W każdym razie odbyło się to skandalicznie szybko. Dodatkowo, prócz sukienek otrzymałam uroczy gratis, o czym już wspominałam. Długopis w kształcie szminki. Co prawda przez kilka dobrych dni zastanawiałam się czy to się w ogóle otwiera, czy może to tylko taki gadżet bez większego zastosowania. W końcu jakoś majstrując długie minuty zdjęłam czerwoną część i moim oczom ukazał się długopis. Eureka. 

Magia!
Prócz długopisu w fioletowym woreczku znalazły się też słodycze. Zostały skonsumowane. Sukienka od Lindy Bop, wbrew moim obawom okazała się być bardzo ładnie rozkloszowana. 

Co do długości przy moim wzroście nieco ponad 170 cm sięga mi trochę za kolano. A bałam się, że będzie dużo krótsza. W końcu przy takiej cenie nietrudno wszędzie szukać podstępu (chociaż oczywiście z perspektywy osób niealternatywnie ubierających się cena i tak jest dość wysoka, to jednak w swojej lidze jest to ubranie naprawdę podejrzanie tanie). Okazało się, że obawy są bezpodstawne i jest to bardzo ładne wdzianko w bardzo żywych i optymistycznych, wiosennych kolorach. Klasyczny krój nawiązujący do lat 50 idealnie komponuje się z halką, która sprawia, że powstaje piękny, kwiatowy klosz.
 Do sukienki dołączono pasek bez dziurek i tego dzyndzla (pewnie ma on jakąś profesjonalną nazwę, ale wybaczcie nie znam jej, a google nie rozumieją moich zapytań), dzięki czemu mogę bez przeszkód regulować sobie talię jak chce bez ryzyka, że dziurek jest za mało (co mnie spotyka notorycznie).
Górna część sukienki posiada poliestrową podszewkę, przez co materiał nie gryzie. Góra jest trochę kimonowata i nie posiada guzików. Dekolt jednak nie rozchodzi się, ponieważ jest dość dobrze zaszyty. 
Wewnętrzna część materiału nie została zadrukowana i to mnie trochę martwi, bo nie wiem jak będzie wyglądać po praniu, mam nadzieję, że nie będzie zacieków, czas jednak to zweryfikuje.
Skład wdzianka. Mimo, że jest on bliźniaczy do restylowego (wyjmując podszewkę, której w restylowej Coat Dress nie ma), to jest dużo cięższy i bardziej mięsisty. I nie łapie kurzu, włosków i innych okoliczności natury. Sukienka jest dzięki temu dość ciepła.
Większość szwów jest bardzo staranna i nie sterczą z nich nitki. Niechlujny wyjątek stanowi okolica suwaka, którą widzicie na powyższym zdjęciu. Złota maksyma mówi jednak grunt to frunt i nikt tych dodatkowych naszyć widzieć nie będzie, a i nie obcierają one nóg (tym bardziej jak się sukienkę nosi z halką).

Jeśli macie wybierać pomiędzy sukienkami z Hell Bunny, a Lindy Bop, to nie wahajcie się kupować tych drugich. Prezentują się zdecydowanie lepiej. Są cięższe i staranniej wykonane.

Zapraszam Was też do zalajkowania mojego fanpage'a:
Poli Loli na Facebooku 

1.2.15

Sesja w ogrodzie ossolińskim cz. II

Sukienka: Miss Candyfloss
Płaszcz: Fanplusfriend
 Bałam się zapytać fotografki czy zwęziła mi zadek i talię w photoshopie (vide zdjęcia na ławeczce od tyłu), czy rzeczywiście one tak wygląda. Chyba, że przyzwyczaiłam się tak bardzo do halek i do sukienek z nieco wyżej odciętą talią, że sama nie wiem jaki mam w istocie kształt i pojemność. Dodam tylko, żeby jednak ta notka miała jakąkolwiek pojemność merytoryczną, że otrzymałam w tym tygodniu moje kolejne sukienki od Top Vintage (jedna od Miss Candyfloss, druga od Lindy Bop), obie są strasznie śliczne i dodatkowo jak zwykle w gratisie dostałam woreczek ze słodyczami i długopisem w kształcie szminki.
No i zapomniałabym! Facebookowy profil mojego blogasia: https://www.facebook.com/poliloliblogspot?ref=bookmarks









31.1.15

Retro Coat Dress z Restyle

Nie mam serca do recenzji, ale wiele osób mi mędzi o tym, żebym podzieliła się wrażeniami na temat pożądanego modelu z nowej kolekcji Restyle. Mowa o Coat Dress, którą nabyłam jakoś w świątecznym sezonie. Niestety nie doczekała się ta piękna sukienka sesji zdjęciowej jeszcze, ale postaram się to zmienić, bo niestety sama nie umiem zrobić jej ładnych zdjęć, które oddadzą w pełni jej urok. A to dlatego, że jest kruczoczarna i robienie sobie w niej samojebek kończy się na tym, że wyglądam jak czarna plama. A przy słabym, zimowym świetle o dobrych zdjęciach na sobie nie ma mowy. Zamówiłam rozmiar S. Zdjęcia, które jej zrobiłam są znacznie rozjaśnione, bo inaczej nic nie byłoby widać.
Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to to, że sukienkę wykonano z ogromnej ilości materiału. Jest mega szeroka i nawet halka-potwór z classical puppets ma problem z udźwignięciem jej. Druga sprawa to jest długa. Mierzę sobie 172 cm i dosięga mi do końca łydek (końca od strony stóp). Wykonana została z bawełny. Szczęśliwie, w przeciwieństwie do rzeczy z Punk Rave, człowiek nie poci się w niej jak szalony. Bardzo na plus. Inna sprawa, że do materiału przylega wszystko: włoski, paproszki, kurz. Po całym dniu poza domem trzeba ją po prostu uprać, bo zbiera za sobą wszystko. Drugim minusem jest to, że bawełna ma to do siebie, że się gniecie... i to bardzo, dlatego zaraz po wypraniu trzeba się przyszykować na prasowanie.
Niedogodności te wynikłe z zastosowanej tkaniny niwelowane są jednak, bo sukienka prezentuje się naprawdę pięknie i nie wygląda na dzieło Restyla. Jest porządnie uszyta, nie sterczą z niej nitki, nie ma krzywych szwów, które dość często przytrafiały się w różnych produktach z tego sklepu. Widać, że postarano się o poprawę jakości i widać to dość dobrze przy Coat Dress. 
Kołnierzyk wykończony został przyjemną, aksamitnopodobną lamówką, która paradoksalnie zbiera dużo mniej wszelakich kłaczków niż reszta sukienki. Lamówka została starannie przyszyta, nie odłazi, nie wychodzą z niej nici. 
Sukienka ma dwa rzędy guzików. Wykonano je z plastiku pomalowanego srebrną farbą. Po paru myciach powłoczka nie odeszła, ani nie pokruszyła się. Z analogicznego materiału wykonano klamrę paska. 
Zbliżenie na guzik. Sukces, po paru praniach nie odleciały i trzymają się całkiem dobrze. 
Tak zaś prezentuje się wewnętrzny szew, jak widać nie jest źle. Sam materiał natomiast jest dość cienki i zdecydowanie nie posłuży jako okrycie wierzchnie, chyba, że w letni wieczór. Wdzianko jest typową sukienką, a Coat przypomina jedynie z kroku.

Rękawy sukienki mają długość 3/4 i są wywijane. Mają jednak tendencję do opadania, więc trzeba ich pilnować. 
Czy warto nabyć Coat Dress? Tak, zdecydowanie, jest to ładny, porządnie wykonany produkt za rozsądną cenę. Ogrom materiału, który przy dobrej halce tworzy spektakularny klosz, do tego elegancki kołnierz z aksamitną lamówką i taliowanie, sprawiają, że sylwetka prezentuje się bardzo smukło i kobieco. Coat Dress wygląda zdecydowanie lepiej niż sukienki z Hell Bunny i zapewne dłużej niż one posłuży. Problemy z nią mogą mieć osoby niskie, w wielu wypadkach okaże się bowiem, że jest ona do ziemi. Z tego co wiem skracanie u krawcowej nie kosztuje majątku i można sobie taką przyjemność zafundować. Jest to też jedna z niewielu rzeczy w restylowej ofercie, która wygląda tak, jak na zdjęciu sklepowym.