Zazwyczaj kompletnie nie mam czasu czytania dla przyjemności, ze względu na piszącą się książkę i siedzenie dzień w dzień w niemieckojęzycznych pozycjach, które są mi tłumaczone przez Kiki. Po prostu nie mam kiedy. Jednak raz na jakiś czas trafia się okazja (między przyjściem jednej, a drugiej paczki zza Odry), kiedy mogę pozwolić sobie na coś lżejszego. Swoistą guilty pleasure, czyli książkę o modzie.
Długo się za to zbierałam, bo sukienka jest u mnie już parę miesięcy, ale dopiero ostatnie tygodnie dały mi możliwość noszenia jej częściej. Nieziemskie znalezisko z Etsy jest obecnie moją ulubienicą.
No to do czterech łączek brakuje mi jednej. Nie tak dawno dorobiłam się trzeciej, zimowej, made in Skandynawia. Piękna, rozkloszowana sukienka, kwintesencja lat pięćdziesiątych, powędrowała do mnie za jedyne trzydzieści złotych, a dorwałam ją na jednej z retro-grup na fejsbuku.
Coś mi się namnożyło tych łączek: od późnojesiennych, do całkiem wesołych i wiosennych. O dziwo, wszystkie one pochodzą z tego samego okresu: przełomu lat 40-tych i 50-tych.
Hej, hej. Ostatnio moja szafa wzbogaciła się o parę epokowych strojów. Już wcześniej zapoznaliście się z niezapominajkową sukienką z lat trzydziestych, która przeszła gruntowne spa i stała się prawdziwą ozdobą szafy ( i mnie przy okazji). Niedługo po niej, w jednym z wrocławskich second-handów udało mi się upolować podobne cudo: rozkloszowaną sukienkę z wczesnych lat pięćdziesiątych.
Parę tygodni temu spotkało mnie ogromne szczęście. Znalazłam w lumpeksie coś niebywałego: wieczorową suknię z lat trzydziestych. Miałam okazję mieć w niej sesję zdjęciową we wrocławskim Parku Staromiejskim. Fotografką była Frustra
Jak dobrze wiecie Drezno nie jest moim ulubionym miejscem na świecie, niemniej kolejne wizyty uzmysławiają mi, że w sumie nie jest aż tak koszmarnie złe, jak dotychczas mi się mogło wydawać. Ostatnią wizytę w Królewskim Mieście wspominam naprawdę bardzo ciepło, mimo koszmarnej pogody, a to za sprawą targów vintage (czy też dokładniej: Vintage and Wedding Market), które przypadły na 2 kwietnia. Pojechałyśmy w ekipie, którą w skrócie można by nazwać, niezbyt poprawnie politycznie zresztą, jako: KKK- dwie Kasie plus jedna Karolina.
Cała impreza mieściła się na terenie Dresden Messe, do którego google mapa poprowadziła nas całkowicie okrężną drogą, dzięki której mogłyśmy podziwiać pojedyncze secesyjne kamienice utkane pomiędzy bloczkami mającymi swoją świetność w dobie DDR-u (still better than Krzyki in Wrocław) i fantazyjnymi, marynistycznymi muralami. Po trzecim kilometrze wędrówki, kiedy okazało się, że idziemy jakimś polem, wśród rzadkiej zabudowy fabrycznej, zaczęłyśmy się zastanawiać, czy aby na pewno google nas nie okłamało, ale jakoś twardo kroczyłyśmy dalej, aż industrialne hale stawały się gęstsze i wówczas natrafiłyśmy na pierwszy, niewielki drogowskaz na Vintage Targi. Hurra, a więc kierunek dobry! Tak udało nam się trafić do dość uroczych budynków z początku XX wieku, obok których, w pokaźnej hali, mieściła się nasza upragniona świątynia konsumpcjonizmu. Co za ulga! Po uiszczeniu opłaty wstępnej (5 euro dorośli, 3,5 euro studenci, uczniowie i dzieci [ a ja dwa dni po wygaśnięciu legitymacji]) naszym oczom ukazało się to, co zarejestrowali na filmie Filmteam Chemnitz: