14.6.17

Mój Vintage - Laleczka z Drezna

Sukienka z prawdziwą historią za sobą.  Gdyby nie Kasia, pewnie nie zasiliłaby naszej kolekcji. Jak to się stało, że jednak z nami jest?

   Ta pięknotka o kolorze kości słoniowej, jeszcze pod koniec maja była szarą, nieprzypominającą niczego szmatą. Tak. Właśnie tak. Wisiała sobie w Dreźnie, w lokalnym Troedelmarkcie (800 metrów kwadratowych przeróżnego, mniej lub bardziej pięknego badziewia), na wieszaku. Była szara, z rdzawymi zaciekami i dziurami. Gdy tylko ją zobaczyłam, to byłam pewna: muszę ją mieć, to sukienka z przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Zażyczono sobie za nią 20 euro, ale Kasi udało się stargować na 10 - pełna cena to jednak trochę za dużo, na coś, co było w stanie agonalnym. I tak towarzyszyła nam kolejne parę dni, jadąc z Drezna do Hamburga, z Hamburga, do Hartburga, z Hartburga do Hannoveru, stamtąd do Halle, no i do Wrocławia, gdzie przeszła gruntowną renowację. Ze względu na to, że była naprawdę w fatalnej jakości, postanowiłam postawić wszystko na jedną kartę i wrzuciłam ją na parę godzin do wody z 100ml wybielacza (zwykłego Vanisha). Mi się udało, ale Wam nie polecam tak ryzykownych zabaw: lepiej oddać to do kompetentnej pralni, najlepiej takiej, w której obsługa specjalizuje się w czyszczeniu sukien ślubnych. Sukienkę udało się doczyścić: po jej niechlubnym stanie pozostały blade smugi rdzawych zabrudzeń, które są praktycznie niewidoczne.
     Sama sukienka składa się z dwóch części: jedna to underdress: prosty i biały, druga jest na nią narzucona. Uszyto ją z czegoś syntetycznego, jednak trudno określić co to. Być może nylon zmieszany z czymś. Próbą ognia trudno ustalić. Nie wydziela prawie żadnego zapachu przy paleniu się i zbija się w ciemnobrązową kulkę. Sukienka jest zapinana z boku na zamek (i część wierzchnia i ta pod spodem, w sumie dwa zamki). Na przodzie korpusu ma wmontowany niewielki prostokątny panel, od którego odchodzą marszczenia. Zapewne była to suknia ślubna, ewentualnie wizytowa (jednak skłaniam się ku temu pierwszemu).

Po zaszyciu dziurek sukienkę udało się doprowadzić do stanu, który pozwala na swobodne noszenie jej. Wybaczcie, że nie mam żadnych zdjęć sprzed transformacji, ale nie chciałam ich robić, w razie, gdyby kiecka się rozpuściła w wybielaczu. Fotografie przypominałyby mi o własnym braku rozwagi. Następnym razem czegoś takiego nie zrobię. Obiecuję.

6 comments:

  1. Rzeczywiście wyglądasz jak laleczka! Sukienka jest przepiękna ;)
    bydlinska.blogspot.com

    ReplyDelete
  2. Przepiękna sukienka wręcz stworzona dla Ciebie! Mam pytanie. Czy na blogu pojawił by się wpis z zespołami, które polecasz? Podobają mi się Twoje recenzje i fajnie by było aby pojawiła się taka lista Twoich muzycznych ulubieńców.

    ReplyDelete
    Replies
    1. z miłą checia jak tylko znajde czas ;D

      Delete
  3. O Pani, wyglądasz wspaniale :D
    Udało Ci się z tą sukienką, pasuje do Ciebie idealnie. No i miałaś fuksa, że udało Ci się ją doczyścić. Ja bym ją pewnie zostawiła w sklepie: co innego zacerować niewielką dziurkę czy nadpruty szew, a co innego zaryzykować i próbować pozbyć się plam, szczególnie na jasnym materiale. Tak czy inaczej efekt jest powalający :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dziękuję :D powiem ci, że warto, tym bardziej, że wystarczy trochę dobrych chęci i minimalna zdolność szycia.

      Delete