18.10.15

O tym jak kino mnie zmęczyło i jak znów zaczęłam się nim cieszyć

 WPIS TEN PISANY JEST Z PERSPEKTYWY BOLLYWOODZKIEGO LAIKA. Znawców tematu prosi się o rady, sugestie i konstruktywną krytykę.

     Jestem na drugim roku studiów magisterskich. Studiuję filmoznawstwo. Przez czas moich studiów oglądanie czegokolwiek mi zbrzydło. Szczególnie francuskich smutnych produkcji z przedziału: lata 30 do współczesności. O ile czechosłowacka nowa fala jest cudowna, to francuska wywołuje u mnie torsje. Analogicznie z późniejszą i wcześniejszą twórczością made in France.
     Kiedy tylko nadchodziły wakacje to nie było mowy, żebym z własnej woli obejrzała jakąkolwiek produkcję pełnometrażową. Ostatnio wszystko stanęło na głowie. Kiedy przeglądałam sobie głupie filmiki na youtube wraz z moim przyjacielem natrafiłam na absolutnie kuriozalną scenę akcji z jakiejś bollywoodzkiej produkcji. Tak zafrapował nas ten fragment, że za punkt honoru postawiliśmy sobie obejrzenie całości. Film ten nazywał się Singham.

23.9.15

Retro to nie porno

Ruszyła mnie wczoraj wieczorem pewna rzecz. Czasem googluje sobie różne retro modelki, blogerki i innej maści internetowe celebrytki. I naszła mnie smutna refleksja. Coś w Polsce znów poszło nie tak. Gdzie nie spojrzę pin-up, vintage i retro sprzężone są silnie z hiperseksualizacją kobiecego ciała. To znaczy: nie da się tego robić w Polsce bez podtekstu seksualnego i szczucia cycem. W mediach tradycyjnych moda retro pojawia się przy okazji burleskowych tancerek w różnych talent-show. W realu wszelakie spotkania retro to albo bulreska albo pokazy pin-up na zjazdach motocyklowych/samochodowych gdzie większość przybyłych stanowią faceci.

16.9.15

Babie Lato

      Miałam napisać coś o poważnych sprawach, które są na językach wszystkich, ale chyba mi się zwyczajnie nie chce i wolę całkiem eskapistycznie udać się w rejony muzyczne.

15.8.15

Halle, moje Halle - Moritzkirche

   Miałam przyjemność w końcu pojechać na prawdziwe wakacje bez uganiania się za dokumentami. Trochę mi tego jednak brakowało, ale spędziłam parę fajnych dni w towarzystwie mojej mamuśki. Dużą frajdę sprawiało mi oprowadzanie kogoś, kto nigdy w tym mieście nie był po wszystkich możliwych zakamarkach kryjących architektoniczne i gastronomiczne cuda. Przy okazji sama odkryłam parę magicznych miejsc. Miałam też okazję przyjrzeć się lepiej mojej ukochanej ambonie z Marktkirche. Jednak po ostatniej wizycie na moje top 1 kościołów w Halle wskoczył Moritzkirche, gotycki kościół znajdujący się w południowej części starego miasta. W środku zobaczyć można kolejną wspaniałą ambonę, ale zupełnie inną od tej, którą podziwiać można w świątyni na rynku.

29.7.15

Śpiewająco

        Mam powody do radości. Największym z nich jest rachunek z Bundesarchivu, który tym razem skończył się na dwucyfrowym wyniku nie przekraczającym 40 euro. Nie wiem jakim cudem, bo zamówiłam naprawdę dostojną górę papieru. Drugim powodem mojego dobrego samopoczucia są lekcje śpiewu, które zaczęłam w tym tygodniu. Chodziło to za mną już bardzo długo i w końcu trafiła się szansa, żeby długoletnie marzenie zrealizować. Zobaczymy co z tego wyjdzie, ale na razie podobnież dobrze mi idzie. Trzymajcie za mnie kciuki.

20.7.15

Castle Party - 2015 - a może raczej wizyta w Bolkowie

    W tym roku zawitałam po raz kolejny do Bolkowa wraz z Kasią. Zdecydowanie towarzyszył nam mniejszy entuzjazm niż rok temu i pojechałyśmy na zasadzie: będzie nam się chciało, to kupimy bilety, nie będzie nam się chciało to nie. Przeważyła opcja druga. I chyba tego nie żałuję. O ile w 2014 jechałyśmy jedynie żeby posłuchać sobie Deine Lakaien (i zrobić sobie fotki z panem Veljanovem, co nam się udało nie wiem jakim cudem do tej pory), to teraz za bardzo nic nas nie grzało i nie ziębiło. Może trochę Wardruna i Paradise Lost. Do drugiego bandu mam dość spory sentyment z czasów gimbazjum, ale nie aż tak wielki żeby wydawać ponad 100 zł na bilet. Krótko mówiąc byłyśmy tą niegodną częścią CP, która pojechała dla pierogów, znajomych i lansu. #scenaumiera
zdjęcie z: http://foto.lca.pl

7.7.15

Flapperka o towarach luksusowych

       Bardzo nie lubię mody lat 20. Uważam ją za tragiczne wynaturzenie i wielki błąd, podobnie jak lata 70. Są jednak pewne aspekty, które w drugiej dekadzie XX stulecia są całkiem ujmujące. Jest to w mojej opinii część wieczorowych fasonów. Ostatnio w ręce trafiła mi sukienka inspirowana latami 20. Przykuła moją uwagę zarówno pięknym, morskim kolorem, jak i naszytymi na nią cyrkoniami i kamykami. Dodatkowo nie jest aż tak mocno workowata i nie zniekształca sylwetki jak oryginalne kreacje z lat 20, co uważam za jej dodatkowy atut. Mimo, że została uszyta z aksamitopodobnej tkaniny, to nadaje się dość dobrze na obecne, tragiczne upały.