24.2.21

10 moich ulubionych filmów historycznych z Indii

Dzisiaj coś zupełnie z innej beczki. Nosiłam się dość długo z zamiarem napisania tej notki, ale były "Króle" i inne atrakcje, które zagarnęły trochę czasu. Powiem Wam szczerze, że być może przez moje studia filmoznawcze trochę za dużo naoglądałam się zachodniego kina i w pewnym momencie skręciłam dość mocno na wschód. 

Wszystko zaczęło się od sławnego filmiku z kolesiem wyrywającym latarnię i goniącym jeepa ze zbirami, co wieńczyło bardzo widowiskowe manto. Mowa o tym złocie:


Krążyło to dość mocno po internecie parę lat temu i dostarczało wiele radości różny ludziom. Moją uwagę zwrócił za to bardzo ciekawy montaż i cały obraz, który pachniał mi w swojej monumentalności kinem socrealistycznym. Ta żabia perspektywa mająca na celu podkreślenie potęgi herosa, te niesamowicie plastyczne, spowolnione ujęcia ukazujące moc ludzkiego ciała. Śmiechy, śmiechami, ale patrzyłam na to z niemałym "wow" i po prostu musiałam obejrzeć całość. Okazało się, że to produkcja "Singham" z 2011 roku. Obejrzałam, zakochałam się w konwencji, chwyciłam ją całkowicie i tak zaczęła się moja wielka miłość do kina indyjskiego. Nie tylko do Bollywood. "Singham" jako pierwsze zetknięcie z masala movies był po prostu idealny i miał wszystkiego, czego mi trzeba było: bardzo sympatycznego i charakternego głównego bohatera, cudownego złoczyńcę, dużą dawkę humoru i jeszcze większą dozę efekciarstwa. A dodatkowo trzymał mocno w napięciu. Dalej poszło jak z płatka i obejrzałam niemal wszystkie produkcje z Ajayem Devganem (który w dalszej części notki pojawi się parę razy), a także stałam się oddaną fanką twórczości Rohita Shetty'ego, a szczególnie jego "cop universe", które zapoczątkowane zostało właśnie przez "Singhama" i stało się swego rodzaju franczyzą jak superbohaterowie Marvela. Z tym, że, jak sama nazwa wskazuje superbohaterami są tutaj dzielni policjanci, z których najdzielniejszym jest oczywiście Singham. Universe się rozrasta, ale chwilowo kolejna część z Akshayem Kumarem (też pojawi się w dalszej części wywodu) ma premierę wstrzymaną przez pandemię. 

Co mnie urzekło w kinie indyjskim to zdecydowanie akcyjniaki, produkcje fantastyczne (kochany przez wszystkich "Baahubali" nie załapał się na dzisiejsze zestawienie, bo to raczej fantasy niż historia, ale tak, jestem oddaną fanką obu części), no i produkcje historyczne. Romanse z cyklu, źli rodzice, przeciwności losu, Devdasy i inne cuda to zdecydowanie nie moja bajka. Dlatego dzisiaj będzie o trochę innym kinie indyjskim, niż to, do którego jest przyzwyczajony przeciętny Kowalski (czyli te śmieszne filmy, gdzie tańczą, śpiewają i się kochają) - więc nie czujcie się źle, jeśli nie słyszeliście o żadnym filmie z mojej listy. Chociaż w dużej mierze są to blockbustery, niektóre nawet wyświetlane były w Polsce, to jednak raczej nie były u nas takimi hitami jak "Czasem słońce, czasem deszcz". 

Żeby była jasność: są to filmy traktujące o postaciach i wydarzeniach historycznych, ale kino indyjskie trochę inaczej podchodzi do pokazywania historii niż kino europejskie czy amerykańskie. 100% wierność wydarzeniom historycznym nie jest najważniejsza na świecie i raczej liczy się ładunek emocjonalny. Co moim zdaniem wychodzi w wielu miejscach kinu indyjskiemu na zdrowie. Z paru względów: po pierwsze: nie czarujmy się, robiąc film fabularny nie da się w pełni oddać ciężary wydarzeń historycznych i zawsze musimy zastosować większe lub mniejsze uproszczenia. Po drugie: daje to ogromne pole do popisu wyobraźni.

Z drugiej jednak strony kino historyczne jest doskonałym wręcz narzędziem propagandowym, z czego, co dość mocno uwidoczniło się w okresie rządów Modiego. To nie znaczy jednak, że kino zachodu jest od tego wolne (i nie mowa tu tylko o Polsce, oj nie, nie, pamiętacie okropną laurkę propagandową o Churchillu z Garym Oldmanem, która wyszła w czasie Brexitowego zamieszania - yayks D: - o całej gamie produkcji amerykańskich nie wspominając... ale to już inna bajka) - po prostu gatunek kina historycznego zawsze, mniej lub bardziej związany jest z polityką historyczną danego kraju. Czasem płynie z prądem, a czasem staje okoniem. Na mojej liście są i filmy będące w pełni w zgodzie z polityką historyczną prowadzoną przez Indie, ale także rzeczy, które stają do niej w kontrze. Nie chciałabym jednak, żeby to było głównym tematem mojego wywodu i raczej skupiam się tu na walorach artystycznych i rozrywkowych jakie dostrzegłam w tych 10 produkcjach. 

Zacznijmy dość sztampowo i mainstreamowo:

10 Jodhaa Akbar - znane w Polsce jako "Księżniczka i Cesarz" - film z 2008 roku. 

W rolach głównych bardzo zjawiskowa dwójka osobników, czyli Hrithik Roshan w roli mogolskiego władcy Akbara i Aishwarya Rai jako księżniczka radźpucka, Jodha. Tak, to film o wielkiej miłości - jedyny z listy. Bardzo widowiskowy w stylu wielkich produkcji hollywoodzkich z lat pięćdziesiątych. Ogrom bogactwa wizualnego. Ogląda się to bardzo przyjemnie dzięki bardzo fajnym głównym bohaterom, którym bardzo chętnie się kibicuje. Jest dużo przygód, wszystko się dobrze kończy. Całość jest pięknie okraszona przesłaniem o tolerancji religijnej i etnicznej. Doskonały film na rodzinne spotkanie, który spodobać się powinien i młodszym i starszym. Dla mnie rozczulający. 

9 Bharat - film z 2019 roku inspirowany koreańską produkcją "Ode to my Father" (doskonałą zresztą, którą bardzo Wam polecam). 


"Bharat" to historia życia jednego, normalnego człowieka, który przeżył partycję Indii i Pakistanu i musiał wyemigrować z całą rodziną do Dehli. W roli głównej Salman Khan. Obserwujemy losy Bharata przez kolejne dekady XX stulecia i mamy wrażenie, że ta historia mogłaby się wydarzyć w Polsce w tym samym czasie i doświadczenia Kowalskiego, którego wysiedlono zza Buga i trafił na tzw. Ziemię Odzyskane, niespecjalnie różniłyby się od perypetii Bharata. Próba odnalezienia się w nowej rzeczywistości, utrata części rodziny, emigracja i bycie źle traktowanym na "zachodzie"... Bardzo łatwo odnieść ten film do naszej rzeczywistości, ale nie to jest w nim najbardziej wartościowe. Khan, który nie jest jakimś wybitnym aktorem, akurat w tej roli absolutnie rozbraja. Jego poszukiwania utraconego ojca i złożona mu obietnica, są po prostu rozbrajające emocjonalnie. Zresztą "Bharat" potrafi wycisnąć łzy od pierwszych minut, czego doskonałym przykładem są sceny na dworcu i moment, w którym rodzina zostaje rozdzielona. Pod koniec te same nuty powracają. Ciepły, fajny film z paroma bardzo zabawnymi scenami (atak piratów). Koreański oryginał był znacznie chłodniejszy i chociaż to bardzo wybitny i wspaniały film, personalnie bardziej czuję "Bharata". 

8 Mahanati - film z 2018 roku


Nie jest to kino bollywoodzkie - "Mahanati" to produkcja w języku telugu. Opowiada o losach aktorki Savitri, w którą wcieliła się Keerthy Suresh. Losy Savitri były niezwykle dramatyczne, co dość ciekawie ujęto w klamrę narracyjną związaną ze śpiączką, w którą zapadła gwiazda. Historia absolutnie łamiąca serce, co uzyskano fenomenalnie dzięki bardzo wesołemu początkowi kariery Savitri - Keerthy Suresh sprawiła, że graną przez nią bohaterkę od razu darzy się ogromną sympatią i każda życiowa tragedia gwiazdy napawa naprawdę wielkim smutkiem. Ciekawym zabiegiem są odtworzone sceny z produkcji w których grała Savitri - podobny zabieg zastosowano w filmie "Sanju" opowiadającym o Sanjayu Duttcie (doskonały aktor swoją drogą, także z losami, którymi mógłby spokojnie obdarzyć z 10 innych osób).

7 Tanhaji film z 2019 roku 



W rolu głównej znany z Wam już z "Singhama" Ajay Devgan."Tanhaji" jest widowiskowe, baśniowe, szalone - urzekające są zestawienia kolorystyczne szczególnie w scenach nocnych - ciepły pomarańcz pochodni z granatem, wygląda fenomenalnie. Malinowe turbany Maratów i turkusowa zieleń przełęczy - co za piękna paleta kolorystyczna. Był to ostatni film jaki widziałam w kinie przed pandemią. I to w 3D - wyglądało to zachwycająco. Jedna z pierwszych scen zasadzki wgniotła w fotel. Ale nie tylko piękne wizualia mnie urzekły. Pojedynek pomiędzy Devganem a prawdziwie demonicznym Saifem Ali Khanem (zagrał złoczyńcę tak złego, że bardziej się nie da) jest po prostu jak ze świetnego westernu. Dodatkowe punkty za Kajol, która może nie nagrała się zbyt wiele, ale zawsze miło na nią popatrzeć. Show jednak należał w 100% do panów i zabawy było bez liku. Fani "Baahubaliego" na pewno pokochają bez reszty. 


6 KGF film z 2018 roku

Film w języku kannada. Opowieść fikcyjna w historycznym settingu. Lata siedemdziesiąte - gorączka złota - mafia - straszliwa kopalnia złota, gdzie pracują tysiące niewolników. W roli Rocky'ego, który jest bandytą o złotym sercu, pan Yash, któremu bardzo trudno odmówić zawadiackiego uroku. Ma boskie stylówy ze skórzanymi kurtkami i spodniami dzwonami i wszystko w nim krzyczy 70sami ze współczesnym twistem. Akcja pędzi jak szalona, jest mnóstwo doskonałych one-linerów, widowiskowy heist, piękne auta i szybkie kobiety. Zabawa gwarantowana. Mogę oglądać w kółko i nigdy się nie nudzi. Świetny klimat, genialna muzyka (genialna, genialna, genialna!) i po prostu czysta, nieskażona niczym rozrywka. 

5 Sye Raa Narasimha Reddy - film z 2019 roku


Kolejny film Telugu na liście. W roli głównej legenda, legend pan Chiranjeevi. Chiranjeeviego uwielbiam w każdej roli, obojętnie czy komediowej, czy dramatycznej, więc jak tylko zobaczyłam, że wraca na ekrany i to w jakimś historycznym widowisku to nie było opcji żebym sobie tego odmówiła. Poszłyśmy z Kasią do kina i wywołałyśmy bardzo duże zdziwienie wśród organizatorów i reszty widowni (byłyśmy jedynymi Polkami na pełnej, wielkiej sali), że a) wiemy kim jest Chiranjeevi b) że Chiranjeevi to też nasz idol c) że ktokolwiek w Polsce chodzi na kino południowoindyjskie - zostałyśmy bawet uhonorowane pamiątkowym zdjęciem. Był to piękny, niezwykle żywiołowy seans i powiedzmy sobie szczerze, że jak Chiranjeevi pojawia się na ekranie to po prostu nie da się siedzieć cicho i tak jak cały tłum naszych indyjskich znajomych i nieznajomych się darł i gwizdał tak i my się darłyśmy. Widowisko jest wielkie, syte, wspaniałe kolorowe. Opowiada historię rozbójnika - bojownika o wolność z XIX wieku, który zorganizował dużą rewoltę przeciwko Brytyjczykom. W prawdziwej historii głównym powodem były względy ekonomiczne, a nie narodowo-etniczne, ale licentia poetica filmu skupiła się na innym aspekcie i dzięki temu mamy okazję cieszyć oczy tym jak Chiranjeevi dzielnie rozprawia się z okrutnymi kolonizatorami - co bardzo cieszy nasze serca. 3 godziny upływają bardzo szybko i od razu chce się więcej filmów o biciu złych Brytoli. Wizualnie spektakl jest przewspaniały na uwagę zasługują szczególnie sceny oblężenia fortu w ogniu i niesamowita scena tańcu na barce (bez spoilerów, ale dzieją się tam niezłe rzeczy). Dodatkowo mamy piękną muzykę no i niebywale czarującego Chiranjeeviego. 

4 Punjab 1984 - film z 2014 roku


Mamy na liście produkcję z Pendżabu - w roli głównej jeden z moich najukochańszych aktorów Diljit Dosanjh, który oprócz tego pięknie śpiewa i tańczy i bardziej znany jest jako piosenkarz. Facet totalnie ukradł mnie w komediach takich jak "Jatt and Juliet" czy fenomenalnym, najzabawniejszym na świecie "Mukhtiar Chadha" (doskonała historia ludzkiej kanalii, której zawsze udaje się wyjść na prostą - bawi do łez), ale także w dramatycznych rolach jak w "Udta Punjab" - za to w "Punjab 1984" zamiata wszystko scenami na polu. Historia opowiada o konsekwencjach Operacji Niebieska Gwiazda z 1984 roku i pokazuje stopniową radykalizację młodego chłopaka, który traci w zamieszkach ojca. Film jest absolutnie wstrząsający i chyba najcięższy klimatem ze wszystkich propozycji. Dosanjh gra całym sobą i naprawdę czuć grozę i dramat tamtych wydarzeń. Bardzo gorąco polecam. 

3 Kayamkulam Kochunni - film z 2018 roku


Tym razem produkcja w języku malajalam. Kocham kino Kerali za mocno socjalistyczne, a czasem nawet i mocno komunistyczne produkcje typu "Sakhavu" towarzysz i kocham te produkcje za Mohanlala, który jest, podobnie jak Chiranjeevi w telugu, po prostu Herosem przez duże H. Tym razem Mohanlal w roli mentora dla Nivina Pauly'ego - historia bojownika o wolność walczącego z Brytyjczykami i parającego się rozbójnictwem. Robin Hood w Kerali? A gdzie tam! Jest dużo ciekawiej. Bardzo silne wątki pro-społeczne, dużo treści wskazujących na zepsucie wyższych kast, na religijne absurdy (bardzo ważny jest tu wątek zabitej przez braminów studni), ale jednocześnie podkreślające piękno tradycji. Przepiękne zdjęcia, wartka akcja, przesympatyczny bohater i kopanie Brytyjczyków tym razem w wersji mocno lewicującej. Można lepiej? Nie można. 

2 Legenda Bhagata Singha - film z 2002 roku




Ajay Devgan w jednej ze swoich najlepszych ról. Devgan gra młodziutkiego sikhijskiego rewolucjonistę, który staje się socjalistą z krwi i kości i walczy o Indie wolne od Brytyjczyków, o Indie gdzie każdy jest równy bez względu na kastę, religię, czy przynależność etniczną. Doskonałe są sceny masakry Sikhów przez Brytyjczyków czego świadkiem jest Bhagat jako dziecko. Jest to przepiękny artystycznie obraz, który na długo z Wami zostanie. Podobnie jak sceny przedstawiające głodówkę Bhagata Singha i jego towarzyszy w więzieniu. Doskonałe dialogi, świetnie opowiedziana historia, w której Gandhi odgrywa niezbyt pozytywną rolę. Tak, tak. Obejrzyjcie, to będziecie wiedzieli dlaczego. Moim zdaniem jest to jeden z lepszych filmów indyjskich, jakie widziałam kiedykolwiek. Jest bardzo czerwono :) 

1. Kesari film z 2019 roku


Mój absolutny numer jeden jeśli chodzi o historyczne produkcje z Indii. I numer 5 w moim zestawieniu najlepszych filmów jakie widziałam w ogóle. Pierwsze 4 miejsca okupują filmy Siergieja Paradżamowa. "Kesari" jest filmem, który jest zniewalająco piękny. Jest obrzydliwie, absurdalnie piękny. Nie zobaczycie nigdzie tak pięknej żółci. Nie ma opcji. Chyba, że na starych radzieckich filmach. Historia bitwy pod Saragarhi - 21 Sikhów i ich kucharz kontra 10 000 Pasztunów. Termopilskie klimaty, ale opowiedziane w przepiękny, niemal baśniowy sposób. Przecudownie pokazano jak niesprawdliwie i rasistowscy potrafili być Brytyjczycy wobec podległych im Sikhów - rozegrano to bardzo inteligentnie paroma żartami językowymi, które są a i owszem bardzo zabawne, ale unaoczniają różne oblicza dyskryminacji. Tak naprawdę to głównymi złoczyńcami w tym filmie nie są Pasztuni, ale właśnie Brytyjczycy. Nasi bohaterowie w liczbie 21 - całkiem sporo mają czas na to by mieć ciekawie rozrysowane osobowości i często mają bardzo ciekawe backstories, przez co każda kolejna śmierć kopie po sercu (ludzie scena z butami i scena z babcią z migdałami... o rany). Ostatnie sceny za każdym razem doprowadzają mnie do łez, a widziałam ten film ponad 20 razy. Zresztą obecnie robię sobie przegląd ulubionych momentów. Akshay Kumar w roli głównej spisuje się doskonale, jest takim prostym chłopem, co bardzo chciał uprawiać pole, ale obowiązek wzywa i trzeba ogarnąć resztę. Jest baśniowo, jest wzruszająco, jest pięknie. Dodatkowo, jeśli ktoś nie ma w ogóle pojęcia o Sikhach, to ten film jest doskonałym wprowadzeniem w ich kulturę i religię. Bardzo przyjemne są różne małe symboliczne smaczki rozsiane po całym filmie. Istotna jest niebywale sama symbolika szafranu - stąd tytuł filmu. Co w świetle ostatnich wydarzeń (protest rolników i akcja na Czerwonym Forcie) wypadło bardzo na czasie. Film popełnił zresztą reżyser polecanego wcześniej "Punjab 1984" :) ewidentnie lubi piaskowe kolory. Dodatkowo "Kesari" ma doprawdy przepiękną ścieżkę dźwiękową. Są ciary. 






22.2.21

Mój vintage - płaszcz z lat dwudziestych

 

Zabierałam się do niego jak pies do jeża - mam go chyba już dwa lata w swojej szafie. Przeżył sporo - wiele osób chciało go naprawić, ale po jakimś czasie rezygnowało. W końcu postanowiłam zająć się tym sama. 

Płaszczyk pochodzi z lat dwudziestych i wydaje mi się, że nosiła go zapewne osoba o większych gabarytach niż ja. Uszyty został z jedwabiu i wełnianych wstawek. Ma prześliczne dekoracje w postaci kwadratowych guzików w kratkę i długich pasów wykończonych ciężkimi chwostami. 

Płaszcz miał dwa potężne problemy: czerń wyblakła dość mocno i w niektórych miejscach pojawiły się rdzawe plamy. Drugi problem to podszewka. Przepiękna pasiasta, jedwabna podszewka w kwiatuszki. Była naprawdę cudowna, niestety czas był dla niej okrutnie niełaskawy i jasna część podszewki bardzo mocno się popruła. 



Trzeba zatem było po pierwsze: usunąć starą podszewkę, a po drugie znaleźć sposób na ufarbowanie płaszcza, który jest bardzo delikatny i w dodatku składa się z dwóch tkanin o zupełnie różnych właściwościach - farbowanie w pralce i gotowanie zdecydowanie odpadało. By go ufarbować posłużyłam się barwnikiem do tkanin bez gotowania (działa w przedziale 30-60 stopni - u mnie woda miała około 45 stopni). Przez godzinę moczyłam go w barwniku, a potem spłukałam do momentu, w którym woda nie była czysta. Farba szczęśliwie złapała i po rdzawych plamach nie ma śladu. 


Trzecim punktem było wszycie nowej, jedwabnej podszewki (na filmiku zatrzymaliśmy się na momencie w którym całość była zafastrygowana, potem czekało mnie przyszycie tego w trochę bardziej subtelny i bardziej gęsty sposób) - niestety tak cudowny wzór, jaki miała oryginalna podszewka jest nie do dostania i zdecydowałam się po prostu na biały jedwab. Na podstawie starej podszewki i samego płaszcza zrekonstruowałam kształt podszewki, zszyłam trzy elementy ze sobą a resztę trzeba było już doszywać ręcznie. Zajęło to mnóstwo czasu, ale operacja zakończyła się sukcesem i płaszcz jest zdatny do użytku. Dla mnie raczej nie jest, ale zapewne poszukam mu nowego domu za jakiś czas. 

Jeśli doceniacie mój chuligański trud, będę wdzięczna za kawę







17.2.21

Mój vintage - miały być lata dwudzieste, a to chyba jakaś secesja!

 

Historia to jest całkiem ciekawa. Na jednym z niemieckich portali aukcyjnych kupiłam za niewielki pieniądz coś, co opisano jako lata dwudzieste i rzeczywiście zdjęcia zrobione na płasko pokazywały krój z opuszczoną talią i strasznie porwaną podszewką. Jakoś, mimo okropnego stanu nie mogłam nad tą kiecką przejść obojętnie. Po pewnym czasie i paru naruszeniach zasad covidowej ostrożności, sukienka trafiła do Wrocławia. 

Całość prezentowała się dość okazale mimo tragicznej podszewki, a właściwie jej dolnej części. Sukienka jest w dużej mierze uszyta z wiskozowego szyfonu i o dziwo, mimo, że to bardzo delikatna tkanina, czas obszedł się z nią dużo łaskawiej niż z jedwabną podszewką. Jedwab niestety dość szybko ulega zniszczeniu na przestrzeni lat - jakby nie patrzeć jest to włókno białkowe i rozkłada się dużo szybciej niż celuloza. Dlatego elementy jedwabne są zawsze najsłabszym ogniwem w bardzo starych sukienkach.

Początkowo myślałam, że to lata dwudzieste, ale ta zniszczona podszewka, która była dużo dłuższa niż górna część sukienki dała mi myśl, że to może być jakiś przełom lat nastych i dwudziestych. Podpytałam Kajani, czy moja estymacja ma jakieś poparcie w rzeczywistości i na to wygląda, że tak. 

Dość ciekawe są też ozdoby z koralików (tego nie uzupełniałam, bo nie chcę nakłuciami niszczyć szyfonu- które jednak nie są jeszcze tak bardzo art deco i raczej pachną art nouveau. 

Sukienka pochodzi z Niemiec i niestety nic prócz tego o niej nie wiem. 

Podszewkę wymieniłam na wiskozową (zabrakło czarnego jedwabiu :D) i w domu uderzyła mnie trochę różnica między spłowiałą i zbrązowiałą już starą podszewką a tą świeżą, czarną. Czarne lata dwudzieste, które u siebie posiadam najczęściej są już trochę wyblakłe i ta czerń zamienia się w bardzo ciemny brąz, który trudno podrobić.


Tak było przed moją interwencją. Z podszewki serio nie było już co zbierać. Tego się nie dało połatać nawet miłością :D Trzeba było całkowitej wymiany. Zdjęcia na płasko serio dają wrażenie, że mamy do czynienia z jakąś połową lat dwudziestych. Na manekinie i człowieku sprawa ma się inaczej. 

Jak wyglądała wymiana podszewki?

Starą podszewkę wyprułam ręcznie (zajęło to jakieś 10 sekund) i rozłożyłam na podłodze. Zbadałam jej kształt. Składała się z dwóch prostokątów - ich całkowite wymiary to 130 cm na 92 cm - odtworzyłam to najlepiej jak umiałam. Szerokość 130 cm była przymarszczona przy pasie do którego była przyszyta - co też odtworzyłam. Pas ma 65 cm - większość rzeczy wykonałam na maszynie - maszynowo w oryginale zszyto szwy spódnicy - ręcznie obrobiony był dół, a także ręcznie podszewkę doszyto do reszty sukienki. Zapasy nie były obrobione. Ja obrobiłam swoją podszewkę ściegiem obrzucającym - niehistorycznie, ale sorry, nie chcę żeby mi się ta sukienka siepała niepotrzebnie. Podszyłam ręcznie dół i ręcznie doszyłam ją do sukienki. 

Sukienka nadaje się do noszenia - raczej nie należy na nią zakładać płaszcza, żakietu, czegokolwiek innego, by nie oderwać od niej reszty koralików. Na tańce chyba też nasza 100-paro latka jest już za stara, ale wydaje się, że sesja zdjęciowa, czy spacer po parku raczej nie sprawią, że ulegnie zniszczeniu. By oszczędzić jej dodatkowych napięć zawinęłam ją w papier i umieściłam w osobnym pudełeczku, gdzie leży na płasko.









Podobał Wam się wpis? Co powiecie na kawę?