Showing posts with label gothic lolita. Show all posts
Showing posts with label gothic lolita. Show all posts

16.7.18

Sukienka i spódnica z koła na zamówienie

Ostrzegam: zdecydowanie nie jestem gotowa do szycia ludziom na zamówienie, to był raz, a raz jak wiadomo nie zając.
  Otóż ostatnio miałam okazję spróbować swoich sił szyjąc na kogoś innego niż ja sama. Miałam do zrobienia dwie dość łatwe, by nie powiedzieć banalne rzeczy: spódnicę z koła i sukienkę, też z koła.

28.2.16

Dlaczego zrezygnowałam z lolita fashion


    Chodził mi już jakiś czas po głowie ten wpis. W końcu zdecydowałam, żeby zebrać rozpierzchnięte myśli w jedno miejsce i je spisać. Jakoś rok temu postanowiłam zmienić image i przejść z lolita fashion w kierunku lat 30/40/50-tych, okazjonalnie coś wiktoriańskiego, gotyckiego i edwardiańskiego. Jak to się stało?
kiedyś było tak
Teraz jest tak

14.8.14

Halle vol. 2

Okazało się, że zdjęć nie ma tak dużo jak się spodziewałyśmy (większość z nich to afrykański pomór świń), toteż relację wzbogacę fotkami z poprzednich wyjazdów. Zawsze coś. 
Główny budynek Uniwersytetu
Po wizycie na Heideallee zawitałyśmy z powrotem do centrum, gdzie odebrałyśmy książki zamówione pierwszego dnia i starałyśmy się też dostać parę archiwaliów, ale kazano nam z tym poczekać. Zjadłyśmy obiad w studenckim barze za "zawrotną" kwotę 2,90 euro. Zniżkę mamy dzięki kartom uniwersyteckim a pełna cena zestawu to 3,50. Co się na ten zestaw składało? Wielki porządny burger, z serii burgerów jakie ostatnio zrobiły się modne w Polsce, z sosem duńskim i talarkami ziemniaczanymi. Ledwo to przejadłyśmy. Nie pamiętam już czy tego samego dnia, ale najprawdopodobniej tak, zawitałyśmy do mieszczącego się po drugiej stronie Soławy, niedaleko Giebichenstein, instytutu. Instytut ten łączy japonistykę, polonistykę, historię sztuki i historię. Niezły miszmasz. W tej bibliotece poprosiłyśmy o magazyny z lat czterdziestych, ale pojawiłyśmy się odrobinę za późno. Przechowywane są one w specjalnym pomieszczeniu i można je wypożyczać do godziny 13. Na szczęście nie poszłyśmy całkiem na marne, bowiem udało nam się wyłapać wielki regał z historią Halle, gdzie również znalazłyśmy parę ciekawostek. Niemniej następnego dnia znów wróciłyśmy do biblioteki i bez żadnych problemów skopiowałyśmy materiały. 
po drugiej stronie Soławy
Giebichenstein z drugiej strony rzeki, zdjęcie z lutego
 
Mijając zamkowe mury

 
Wnętrze Biblioteki
I tak wszystko szło dobrze, łącznie ze sferą wypoczynkową, bo spacerowałyśmy drugiego i trzeciego dnia podziwiając uroki Halle, niezwykle dużo, ale wracając do biblioteki medycznej (mieszczącej się w starym, działającym nadal szpitalu!!!!) okazało się, że nie możemy dostać paru magazynów, a właściwie całej serii, bo utknęły w archiwum w pudłach, a ktoś nieopatrznie je skatalogował. Nim przejdę do opisu boju z Niemcami o swobodny dostęp do źródeł historycznych napiszę słów parę o szpitalu i okolicach. Jest to pochodzący z końca XIX wieku ogromy kompleks składający się z parku i rozsianych po nim kolosalnych budynkach, w których mieszczą się wszelakie przychodnie i instytuty. Pomiędzy nimi upchnięta jest mała, nieczynna już kapliczka. Bardzo ciekawe zjawisko.
 
Korytarz do biblioteki medycznej
I tu się zaczyna. Od razu pobiegłyśmy do głównego budynku biblioteki zapytać się dlaczego? Uzyskałyśmy parę wymijających odpowiedzi i informację, że z naszym innym zamówieniem jest problem, bo gazety są uszkodzone i nie mogą nam ich nawet pokazać. Bieganie między jednym a drugim budynkiem zajęło nam parę godzin, a słyszałyśmy coraz to dziwniejsze wersje zdarzeń. W końcu, wieczorem postanowiłyśmy odpocząć chodząc w pobliżu Pauluskirche i zatrzymując się na dłuższą chwilę we Fliese. Pełen relaks, po ciężkim dniu. 
Pauluskirche
Biblioteka - główny budynek, zdjęcia z lutego
Następny dzień praktycznie do 14 był wyjęty z naszego życiorysu. Po raz kolejny bieganie między jedną a drugą stroną August-Bebel-Strasse i wykłócanie się o to, że jakim problemem jest dać nam rękawiczki i szczypce do przeglądania archiwaliów (w końcu nie chciałyśmy średniowiecznych manuskryptów a propagandowe gazety z lat 30). A tu poczekać, tu załatwić to, a może za parę tygodni... W końcu jedna pracownica przyznała nam, że gdybyśmy zajmowały się innym okresem dziejowym to nie byłoby problemów, ale dla Niemców Trzecia Rzesza jest bolesna (powiedzenie czegoś takiego do Polaków jest dość ryzykowne bym powiedziała). I to przelało u mnie czarę goryczy.
 W pozostałych placówkach byłyśmy obsłużone wzorowo, bez zarzutów i z pełnym zaufaniem. Za to wyskoczenie mi prosto w twarz z tym, że stara się zamieść gorzką historię pod dywan, mnie po prostu powaliło. Zrobiłyśmy tam dym, ale wstępu do archiwum, gdzie siedzi jakiś pan, który pilnuje tych gazetek, nie uzyskałyśmy. Usłyszałyśmy też, że wszyscy tylko się modlą żeby to wszystko poginęło, bo i tak są z tym same problemy. "Niestety", ale co gazetka "ginie" to ktoś kupuje nową i tak w koło Macieju. Stąd mieli nadzieję, że nikt o nie nie zapyta i tak w sumie trochę dla picu znalazły się one w katalogu, a w ogóle to kiedyś może zrobią z nich mikrofilmy, ale na razie nie mają na to pieniędzy- to były tłumaczenia jakie usłyszałyśmy po zrobieniu tam wielkiej dramy na wszystkich szczeblach. Na otarcie łez wysłano nas do Biblioteki Narodowej w Lipsku i zamówiono nam nasze archiwalia, za dostęp do których musiałyśmy zapłacić jeszcze 6 euro. Tam udało nam się zdobyć co chciałyśmy.
Poza tym dość poważnym zgrzytem przedostatni dzień był trochę dniem na połażenie, po starówce, po sklepach, odwiedziłyśmy nasz ukochany Dom Kartofla. Jest to restauracja z typowo niemiecką kuchnią, coś w stylu naszego Raz na Wozie, z tym, że Dom Kartofla nie jest sieciówką. Jedzenie jest tam przepyszne. Wielkie pieczone w folii aluminiowej ziemniaki, rozpływające się w ustach sznycle, sałatki z brukselki. Paleta cudów i wianków. Po spożyciu gigantycznego ziemniaka ruszyłyśmy pochodzić po mieście. Zdjęć nie mamy, stąd wrzucam tu parę archiwalnych z lutego.
PS. Odwiedziłyśmy jeszcze waflownię, to znaczy kawiarnie, w której podawano przeróżne wymyślne gofry, z owocami, sosami itp. Lokal nazywa się Bewaffel dich ;) 

Mały Photobomb






 Na deser prezentuję swoje stylizacje. A właściwie kilka z nich:


I wyczekiwane zdjęcie plakatu:

22.7.14

Sesja zgierska w lipcu

O Castle Party i zajebistości Deine Lakaien napiszę napiszę kiedy indziej, bo to jest do napisania na spokojnie i w lepszych okolicznościach niż świecenie własna, niekoniecznie piękną facjatą. Tymczasem parę fotek z dzisiejszej sesji:
Outfit:
Sukienka: Knight Night
Bluzka: Zara
Naszyjnik: Lolita
Buty: Deichmann
Okulary: New Yorker










6.7.14

Prawie jak Heidi Roll

Zaliczyłam wczoraj swoją pierwszą próbę z Heidi Rollem. Nie wyszedł jakoś mocno spektakularnie, ale dzisiaj jest już trochę lepiej. To znaczy: wyszło coś, co niekoniecznie jest typowym Heidi Rollem, ale wygląda całkiem przyjemnie. Właściwie to stylizacją się tu nie chwalę, bo jest typowa jak na parną pogodę (przynajmniej dla mnie). 
Skoro mam już jednak okazję do pokazania paru zdjęć i napisania czegoś to chciałam wszystkim bardzo polecić restaurację Lavash na Piotrkowskiej 69 (w podwórku, a numer łatwy do zapamiętania). Razem z Kasią najadłyśmy się za wszystkie czasy super kaukaskiego jedzonka w bardzo przystępnych cenach i lokal już trafił na naszą listę ulubionych zaraz po Złym Mięsie we Wrocławiu. Swoja drogą w Lavashu jest sporo wegetariańskich potraw.

Sukienka: Krad Lanrete
Koszula: H&M
Ozdoba na włosy: Cherry Fox
Naszyjnik: Restyle
Torba:Restyle
Broszka z kotwicą: sklepik z półproduktami na taobao
Buty: Deichmann

30.6.14

Ufo nad Leśnicą

Gdy parę lat temu mieszkałam we Wrocławiu zdarzyło mi się parokrotnie widzieć tramwaje obklejone osobliwą grafiką (malunkiem?) zatytułowaną "Ufo nad Leśnicą" (http://www.podswantonim.pl/zdjecia/ufonadlesnica.html  to było właśnie to). Bardzo mnie ona zaciekawiła i wybrałam się do Leśnicy. Niestety nie spotkałam Ufo.
Po latach do Leśnicy wróciłam, razem z moją dziewczyną (czy jak wolą "mili ludzie": lubą) w celu odwiedzenia obozu Breslau-Lissa. Niestety nie jest to możliwe, bo w tym miejscu stoi jednostka wojskowa i bez przepustki nie ma szans na to, żeby dostać się do środka. Nad tą samą jednostką miało latać wymienione Ufo. Ja nic nie widziałam. 

Sama Leśnica jest strasznie urocza. Nazwałabym ją upchniętym na maleńkiej powierzchni, brudniejszym Budziszynem. Prócz ogromu słodkich kamieniczek, pomników i odnowionej stacji kolejowej, możemy zwiedzić też zamek i otaczający go park. Budowla w środku jest fatalnie odnowiona, ale zważywszy na wojenne losy Wrocławia i okolic, zakładam, że zrobiono, co było w ludzkiej mocy, żeby nie było gorzej. Tymczasem dzielę się z wami stylizacją z tego dnia. Zdjęcia są robione komórką, więc jakość nie jest wybitna.

Outficik:
Sukienka: Souffle Song
Co do samej JSK z printem w obrazy Alfonsa Muchy. Nie jest z nią źle, ale jest stanowczo za duża, toteż robię co mogę, żeby nie wyglądać w niej jak worku. Oprócz tego na podróż jest super-praktyczna- nie gniecie się, więc można ją spokojnie wrzucić do torby i jechać w trasę.
Ozdoba na włosy: Cherry Fox
Buty: Deichmann
Bluzka: Toxic Fashion (wiadomo)
Naszyjnik: Vintage




20.5.14

Marynarsko - tęsknoty za morzem odcinek kolejny

Wróciłam wczoraj z Pragi, właściwie to już w niedzielę byłam w Polsce. 
Po powrocie czekała na mnie paczuszka z Chin z sukienką z Surface Spell. Sukienką, o której naprawdę mocno marzyłam. Zazwyczaj nie mam z ubraniami tak, że śni mi się jakieś szalone dream dress i zbieram na nią miesiącami. Ot jak coś mi się podoba to to kupuję, ale nie kontempluję zakupu. W czymś trzeba w końcu chodzić, a nie moja wina, że podoba mi się naprawdę wąskie spektrum ubrań. 
Z kiecką od Surface Spell było inaczej, bo nie ukrywam, że od tygodni, a nawet miesięcy szukałam czegoś marynarskiego, ale nie infantylnego. I bam! Znalazło się to cudo. Wyprzedano je bardzo szybko, ale dziewczyny z Tofu Rangers ogarnęły aukcję, w której ostała się jedna S-ka. No i tak trafiła do mnie ta perełka. Zdjęcia są lekko rozmazane. Mój aparat coś nie ogarnia.

Ciuszki:
Sukienka: Surface Spell
Bluzka: Toxic Fashion (tak mam kilka egzemplarzy tej samej)
Naszyjnik: Bodajże Six jeśli mnie pamięć nie myli
Buty: Deichmann





1.5.14

Objazd Majowy

Kilka zdjęć z łódzkich miasteczek i wsi cykniętych dzisiaj. Na fotkach prócz mnie kawałek kościoła w Warcie i wieś Rossoszyca z przepięknym drewnianym kościółkiem położonym nad malowniczym stawem. Postanowiłam zapostować tu także wnętrze tego maleństwa. Niezwykle bogate z barokowym ołtarzem. Niestety na zdjęciu nie zmieściły się ludowe malowidła przedstawiające anioły i motywy kwiatowe. Niemniej, jak kiedyś kogoś zawieje w okolice Warty, to polecam zahaczyć i o Rossoszycę. 
Rossoszyca

Co do mojego outfitu:
Sukienka: St. Tears
Bolerko: Colloseum
Buty: Deichmann
Rajstopy: nie mam pojęcia
Ozdoba do włosów: Cherry Fox


28.4.14

Zamki nad Soławą

Kocham Halle nad Soławą. Naprawdę. Jest to jedno z moich ulubionych miejsc jakie miałam szansę widzieć. Secesja zmieszana z architekturą średniowiecza w takim przyjemnym niemieckim, wcale niesiermiężnym stylu. Przyjemne knajpki z doskonałym jedzeniem. Wspaniały browar z bażantem. Ogrom bibliotek, z pozycjami, które wspomagają mnie w pisaniu książki o Heydrichu. Byłam zaskoczona pięknem rodzinnego miasta Haendla (taki kompozytor). 

Wzbraniałam się przed nim, unikałam, może trochę zrażona tym, że pewna dysfunkcyjna rodzina wyhodowała tam ponad wiek temu jednego z większych zbrodniarzy jakich zna świat. 
Okazało się, że niepotrzebnie. Halle ma wiele do zaoferowania, nawet komuś, kto nie jest zafiksowany na historię Heydricha. Jest co zobaczyć, od okazałego średniowiecznego cmentarza, przez niezliczoną ilość przepięknie zdobionych kamienic, po restauracje i second-handy. Największe wrażenie zrobiły na mnie dwa zamki halleńskie: Moritzburg, którego budowa rozpoczęła się w 1484 roku i starszy od niego romański Giebichenstein z IX wieku. Oba są bardzo zadbane. W Mortizburgu działa obecnie muzeum sztuki, możemy zobaczyć tam także kaplicę Marii Magdaleny, ale niestety nie miałam szczęścia zajrzeć do środka. W Giebichenstein zaś znajduje się jeden z oddziałów szkoły artystycznej. Poczytać o nich możecie na angielskiej i niemieckiej wikipedii i tam też znajdziecie ładniejsze fotografie.

Ja tymczasem w swojej całej próżności pochwalę się moimi halleńskimi outfitami:
Moritzburg:
Sukienka: Krad Lanrete
Bluzka: Mm angel fashion
Buty: Centro
Rajstopy z lokalnego ryneczku 
Giebicenstein widoczny z drugiego brzegu Soławy:
 Sukienka: Krad Lanrete
Bluzka: MM Angel z taobao
Buty: Stylowebuty
Rajstopy: Rynek

14.2.14

Zdjęcia Studyjne

Zdjęcia wykonał Marcin Chudziszewski.
Ubrania:
Sukienka: Lady Sloth
Bluzka: w istocie to overdress, który został użyty jako koszula, kupiony na Ptaku
Buty: Deichmann (? chyba ?)
Ozdoba do włosów: Cherry Fox






Moja fryzura nie wygląda tu zachwycająco, ale wracałam z Łodzi, z egzaminu (na szczęście zaliczyłam na 5).