Showing posts with label muzyka. Show all posts
Showing posts with label muzyka. Show all posts

7.12.16

Tarja we Wrocławiu - relacja... połączona z wynurzeniami

Pisanie relacji z koncertów nie jest moją mocną stroną, więc póki trzymają mnie emocje opowiem wam jak było na Tarji we Wrocławiu. Nie ukrywam, że spotkało mnie podczas tego gigu (a właściwie zaraz po nim) sporo szczęścia. Ale o tym później.
ja w oczekiwaniu na koncert

1.12.16

Recenzje symfoniczno-[pseudo]metalowe

    Jako, że jakaś miła dusza dała mi nadzieję, że ktokolwiek czyta moje wynurzenia recenzenckie, to postanowiłam zebrać do kupy kilka tekścików, które popełniłam jakiś czas temu i skompilować w jedno. Tak się złożyło, że druga połowa 2016 roku obfitowała w Fajne Rzeczy jeśli chodzi o pseudometal z babą na wokalu.
akurat tej płyty nie polecam

    Jednak nim przejdę do sedna zacznę od unpopular opinion: nowa Epica do mnie nie trafia. Bardzo podobała mi się TQE i często wracam do tego krążka, ale najnowsze dokonania Holendrów mnie nie porwały, w ogóle. Z pewnym wyjątkiem: akustyczne kawałki są boskie i przypominają mi Clare Fader, której często słucham w pracy i w chwilach kiedy akuratnio nie mam nastroju na nic będącego wyjącą babą w metalu, Rhapsody, Guardianami, jakimś smętnym odrzutem gotyku, czy muzyką barokową. Akustyki są cudowne! Dlaczego? A no dlatego, że w końcu znalazło się w nich miejsce dla wokalistki. Mam wrażenie, że w normalnych kawałkach została ona przyduszona nadmiarem chórów, orkiestracji i gitarami. Simone jednak dużo lepiej sprawdza się w innym rodzaju muzyki. Trzymam kciuki nad tym żeby wydała jakiś akustyczny solo krążek. Co do regularnych kawałków, to czasami miałam wrażenie przesytu jakie towarzyszyło mi przy słuchaniu japońskiego metalu i tworów spod znaku visual-kei. Dobre jako opening do anime, do słuchania na co dzień: niekoniecznie. Jedynie Dancing in a Hurricane wywołuje u mnie miłe w brzuchu. No, ale fanom się pewnie narażę. Przepraszam, wiem, że to nie jest zła muzyka. Ona po prostu nie jest dla mnie.

29.2.16

Luca Turilli's Rhapsody - bardzo spóźniona relacja

    Nigdy nie mogę się zebrać do pisania o koncertach. Może dlatego, że to, co chce ująć w słowa, w dużej mierze nie jest do opisania. To jest cała kaskada uczuć od obaw przed wejściem, zniecierpliwienie w oczekiwaniu na ulubiony zespół, napad euforii przy pierwszym kawałku i przeróżne odcienie radości i uznania trwające cały występ. Może dlatego nie napisałam w końcu nic o koncercie Deine Lakaien na Castle Party. W dużej mierze go przepłakałam ze wzruszenia i prześpiewałam. Po wszystkim, jak to określiła Kasia i Asia: wyglądałam jak ofiara gwałtu.
Rhapsody Turillego co prawda do łez mnie nie doprowadziło, bo i muzyka nie nastraja na tego typu wzruszenia, ale też było wspaniale.

20.1.16

Rhapsody of Fire - Into the legend

    Moja miłość do lżejszych odmian metalu jest powszechnie znana. Stałych bywalców bloga zapewne nie dziwią już kolejne recenzje różnych dziwnych krążków, które pojawiają się od czasu do czasu na Poli-Loli. Tych, którzy jeszcze się nie zaznajomili: rubryka muzyczna sporadycznie się pojawia. Są to wypadki, w których muzyką jestem dogłębnie oczarowana, albo rozczarowana. Jak jest w przypadku mojego ukochanego Rhapsody of Fire?


21.11.15

Illuminata - Where Stories Unfold


 Jakoś w ubiegłym tygodniu przejadło mi się wszystko czego do tej pory słuchałam w robocie. Wyszedł nowy kawałek Rhapsody of Fire, który zjeździłam do znudzenia. Odsłuchałam parędziesiąt razy Prometheusa Luca Turilli's Rhapsody, nadal nie mogąc się określić czy go kocham czy nienawidzę. Pomęczyłam trochę Theriona i Rainbow, po czym doszłam do wniosku, że może pora odkopać coś nowego. Włączyłam sobie jakieś female fronted metale i znalazłam kolejny zespół kończący się na -ata. Mowa o Illuminacie. Szczerze mówiąc nazwa zespołu sprawiła, że pomyślałam sobie: o, kolejny zespół bez wizji, który zmęczy mnie po jednym kawałku. Na całe szczęście się myliłam. Mimo dość banalnej nazwy, Illuminata zespołem banalnym nie jest. Where stories unfold jest doskonałe! Album jest pełen przepięknych kompozycji, które spokojnie mogłyby stanowić ścieżkę dźwiękową do wysokobudżetowego filmu przygodowego (szczęśliwie nie trąci to Hansem Zimmerem).

8.11.15

Guerre et Paix

    
     Bardzo lubię muzykę barokową. Odpowiada mi w niej praktycznie wszystko, a dodatkowo wpływa ona pozytywnie na moje samopoczucie. Nawet podczas słuchania rozrywki, zawsze cieszy mi się ryjek, jak wyłapię jakieś barokowe elementy (stąd moja wielka miłość do Rhapsody). Mam też tendencję do tego, by za wszelką cenę przenosić swoją fascynację dalej. Nie mam pojęcia czemu wielu słuchaczy odgradza się murem od wszystkiego co nie jest muzyką rozrywkową i uważa, że skoro słucha Hansa Zimmera i melodyjek z trailerów, to wie co to muzyka poważna. Albo epicko, albo w ogóle. Pomyślałam, że mogłabym zaproponować coś, co nie jest nieskładnym dudnieniem orkiestry, a dostarcza dreszczyku emocji. Moją propozycją jest album Guerre et Paix Jordiego Savalla.

16.9.15

Babie Lato

      Miałam napisać coś o poważnych sprawach, które są na językach wszystkich, ale chyba mi się zwyczajnie nie chce i wolę całkiem eskapistycznie udać się w rejony muzyczne.

8.5.15

Sirenia – The seventh life path


     Od jakiś parunastu miesięcy przeżywam nawrót fascynacji pseudometalem (aka metal symfoniczny z kobietą na wokalu). Zdaję sobie doskonale sprawę z krytyki tego gatunku, z jego sztampowości, kiczu i stopniowej komercjalizacji. Niemniej jednak w nosie mam true słuchaczy najczarniejszych odgłosów z krypty, którzy jakimś cudem po włączeniu Sleeping Sun czy Nemo znają cały tekst na pamięć lepiej ode mnie.

27.3.15

Endless Forms Most Disappointing – Nightwish


źródło: Wikipedia.org

       Wspominałam o moim sentymencie do Nightwisha, który stopniowo topniał wraz z Once. Właściwie już Century Child było średniawe. Trzeba sobie powiedzieć na wstępie jasno: Nightwish stał się produktem. Na początku grupa młodych ludzi chciała grać, teraz grupa nieco starszych chce zarabiać pieniądze.
     Koncert z Wacken mnie zaciekawił. Floor miała mega kopa, zespołowi coś się odklajstrowało i zaczęli grać, a nie brzdąkać. Rozrywkowa miła muzyka do sprzątania, nic zobowiązującego, ale rzeczywiście głos pani Jansen stanowił obietnicę zmiany w bandzie. Pozostawało czekać na nowy krążek. W międzyczasie zespół pożegnał się z dotychczasowym perkusistą, dołączył także Troy, specjalizujący się w graniu na różnych piszczałkach i innych folkowych atrakcjach. Nie wyglądało to dobrze. Potem rozeszła się wiadomość, że na albumie pojawi się Dawkins. Oczywiście w celach naukowych. Szkoda, że ten facet jest de facto filozofem, a nie biologiem, a dodatkowo paskudnym mizoginem tępiącym dzieci z zespołem Downa. I nie piszę tego dlatego, że Dawkins jest wojującym ateistą. Niech sobie będzie, to nie jest w nim najgorsze, za to jest to najzwyklejszy na świecie naziol i zwolennik eugeniki. A to już mi znacznie bardziej przeszkadza. Ale Nightwish żywi się skandalami. Gdyby rzeczywiście zależało im na promowaniu nauki wzięliby innych, wartościowych naukowców do współpracy. Na przykład Mary-Claire King. Słyszeliście o niej? Nie? Szkoda.
      Po paru miesiącach ukazał się singiel Elan. Moje obawy rozrosły się jeszcze bardziej. Kawałek był mega źle wyważony, Floor śpiewa w nim za cicho, jakby totalnie przygaszona, przy czym nie miała zbytnio czym być stłumiona w warstwie instrumentalnej. Oczywiście fani zespołu powiedzą, że w Nightwishu chodzi o muzykę nie o wokal... Zaraz to wokal nie jest częścią składową muzyki? Problem w tym, że i instrumentalna warstwa jest bardzo uboga i prymitywna. Dodatkowo zamiast porządnej solówki gitarowej mamy dość smętne piszczałki w wykonaniu Troya. Warstwa tekstowa? Wszystko pięknie, ale podobne teksty czytałam w SS-Leitheft. Typowe Blut und Boden. Podobnie nędzny był nadużywający syntezatorów „Sagan”.
      Album okazał się porażką podobnej skali. Przede wszystkim jest okropnie niespójny. W wielu utworach Tuomas recykluje stare kawałki Nightwisha. Po prostu niektóre pasaże z dawnych piosenek trafiają lekko tylko przearanżowane do nowych. Tworzą się z tego zlepki, które nie brzmią dobrze. Wszystkiemu brak jest jakiejkolwiek harmonii. Najbardziej dotknięte tą niemocą twórczą zostały: Shudder before beautiful ( w którym słyszymy Storytime, Whoever brings the night i Dark Chest of wonders, z chórem zaczerpniętym z Epicy) i Yours is an empty hope ( kopia Master Passion Greed, która brzmi jakby skierowana była do poprzedniej wokalistki, Anette Olzon, mimo, że członkowie zespołu mówią, że to diss na internetowych hejterów, to jednak odniesienia o głosie duszącym się dymem są jednoznaczne. Już tłumaczę: na jednym z koncertów Anette zaczęła się dusić od maszyny dymiącej i uciekła ze sceny. Oczywiście dzielni mężczyźni zamiast pomóc koleżance postanowili grać dalej), Alpenglow (kopia Ever Dream, z koszmarnie przetworzonym wokalem Floor, który pojawia się w drugiej połowie zwrotek). Te recyklowane kawałki są o zgrozo najlepszymi na krążku, mimo tego, są one bardzo niechlujnie posklejane. Znów wszystko, jak przy poprzednich krążkach, tonie w natłoku dźwięku, nadmiaru instrumentów i mimo ograniczenia orkiestry to jest jej nadal stanowczo za dużo, przez co wiele razy słyszymy kakofonię.
       Kakofoniczny jest zresztą 24-minutowy utwór The Greatest show on Earth. Miał być to doskonały song Tuomasa, jego opus magnum, porażające różnorodnością. Fani mówią, że to najlepsze połączenie orkiestry i rocka ever. Powiedzmy sobie szczerze: jest to prymitywny gniot bez pomysłu. Przez pierwsze kilka minut powtarzane jest kilkanaście dźwięków na klawiszach. Napięcie przy tym nie jest budowane, nijak ten motyw się nie rozwija, jak choćby w Sanctus – Lacrimosy (gdzie napięcie narasta tak, że w pewnym momencie powietrze idzie pokroić nożem), czy którakolwiek z części Fassade tego samego zespołu. Nędza okrutna. Potem słyszymy wstrętnie przesterowaną Floor na tle typowego nightwishowego dum dum dum, które w sumie skradzione zostało Hansowi Zimmerowi parę albumów temu. Potem mamy pojedynek między Marco a Floor, który brzmi trochę jak Wish I had an Angel. W to powplatano odgłosy różnych zwierzątek. Potem Tuomas w swojej kompozycji zapodaje nam pasaż całej historii muzyki. Zaczynamy od plemiennych bębenków, przez barok (oczywiście parę sekund Bacha), a kończymy na współczesności. Banał za banałem. Sztampa. Następnie znów dziwne ambientowe dźwięki, Richard Dawkins, klawiszki, które męczyły nas przez pięć początkowych minut i o zgrozo ambientowe dźwięki powracają plumkając sobie przez ostatnie minuty. Koniec. Kakofoniczny, źle złożony dramat. Ale oczywiście fani i znaffcy wyskoczą, że nie rozumiem złożoności tej kompozycji. Drogie dzieci. Posłuchajcie sobie Devil Dolla i potem porozmawiamy o łączeniu orkiestry z rockiem, o progresywności i innych tego typu atrakcjach. Tam nie ma miejsca na zapychacze i powtarzajki, które mają za zadanie tylko rozciągnąć trwanie długości utworu o kolejne sekundy, żeby Holopainen mógł się pochwalić, że stworzył najdłuższą piosenkę w historii swojego zespołu. TGSOE to w istocie zgrupowanie wiecznie powtarzających się, nudnych pasaży składających się na drętwe klawisze, zimmerowskie dum dum, zwierzaki, typową nightwishową sieczkę i Dawkinsa. Król jest nagi. A Devil Doll uzmysłowi wam jak bardzo:
Przy tych cudach słychać całą biedę i nędzę jaką jest TGSOE. Nie jest to w rocku nic odkrywczego, że ktoś robi strasznie długi utwór z symfonią. Devil Doll też nie był pierwszy. Już Deep Purple to robiło i to z efektem dużo lepszym niż Nightwish. Tuomas nie jest żadnym maestro. Nawet orkiestracji sam sobie nie robi. Jest rzemieślnikiem, dobrym do produkcji kolejnych, łatwo wpadających w ucho przebojów typu „Storytime” czy „Nemo”, ale kompozytor z niego żaden, co obnażyły boleśnie jego solowe kaczki. Mnóstwo było tam niekończących się powtórzeń zawartych w około czterominutowych utworach.  Jeden motyw na jeden utwór, żadnych ciekawych volt. Tak samo jest w Endless Forms Most Beautiful. Ubogi krewniak Hansa Zimmera.
     Co jeszcze mnie bardzo w tym albumie ubodło? Słucham go sobie słucham, dochodzi do My Walden. Słyszę drugą połowę utworu i nagle coś mi brzęczy. Gdzieś to już słyszałam. Tak się złożyło, że w ten weekend oglądałam z moją dziewczyną „Rok Diabła”. Piękny i mądry film swoją drogą, bardzo polecam. I tak sobie porównuje Konicky zespołu Cechomor z końcówką My Walden. Kurde. Niestety są do siebie bardzo podobne. Jak wytniemy część fujarek i porównamy partie smyczków, to wręcz bliźniaczo podobne.
       Porównajcie sobie sami: https://www.youtube.com/watch?v=CP_kTIRQgSE najlepiej słychać to porówując fragment od 1:00 z 2:37. Żeby nie było, że jestem paranoiczna. Moja mamuśka bardzo lubi Cechomora. Sadzam ją na kanapie i pytam puszczając fragment My Walden. Nie minęło pięć sekund a mamuśka mówi: Cechomor, przecież mam to na płycie do samochodu. Mówię jej, że Nightwish. Szok. Nieładnie panie Tuomasie. Tuomas zresztą często pożycza sobie fragmenty od innych wykonawców. Porównajcie sobie I want my tears back z Dance of Death Iron Maiden ( od 3:10 https://www.youtube.com/watch?v=LagWWqp5JtQ z 2:58 https://www.youtube.com/watch?v=MZDB0mAMkA4 ), albo Saharę z Immediate Music – Maiden Voyage (https://www.youtube.com/watch?v=A9u-m3kS2dI i  https://www.youtube.com/watch?v=hIsxcLH-u_c ). O sławnym oskarżeniu o plagiat z Evą nie wspominając (https://www.youtube.com/watch?v=xKIcMCSKwC0 ) przykładów zapożyczeń jest jeszcze więcej (https://www.youtube.com/watch?v=dEv8breG_TM ) niektóre mogą być nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, ale jest ich mnóstwo.
       Jak już jesteśmy przy Cechomorze i folku. Elementów folkowych w Nightwishu zrobiło się za dużo. I są one bardzo mierne, zupełnie nie pasują w wielu momentach płyty. Tak jak orkiestra na Dark Passion Play, są one nadużywane i zagłuszają wokal i gitary. I nie komponują się z resztą w żaden sposób. Nieraz, jak w My Walden, są one dodane na siłę, tylko po to żeby zapchać ewidentny brak pomysłu na zwieńczenie utworu. Końcówka (Cechomorowska) nijak nie zlepia się z pierwszą połową utworu. Klej na tym albumie nie zadziałał dobrze i większość elementów zwyczajnie się rozsypuje. Szkoda ogromnego potencjału Floor, ale ja rozumiem, że trzeba czymś na chleb zarobić. Jak chcecie posłuchać sobie porządnego folku z porządną orkiestrą i porządnym chórem to polecam gorąco: https://play.spotify.com/album/7b2EZgfpypb493SnL1xNnk i tu mogłabym też poruszyć jeszcze jedną kwestię. Kwestię lenistwa w Nightwishu. 
     Oni zawsze jadą orkiestrą i chórem z taśm. Nie robią przearanżowania na lajvy, przez co na koncert idziemy posłuchać sobie dużej części muzyki z playbacku. Są zespoły, które nie robią takiej hucpy. Tutaj moim ukochanym przykładem jest Deine Lakaien. Panowie jak nie mogą zagrać ze smyczkami, to robią nową aranżację, tak, że za każdym razem ich utwory na żywo brzmią inaczej. A to zespół elektroniczny jakby nie patrzeć. Panowie nie idą na łatwiznę i nie puszczają muzyki z laptopa. Przez to chodzenie na ich koncerty ma rzeczywisty sens. Ponieważ wykonawcy szanują swoich fanów.
    Porównajcie sobie wykonania Love me to the end:

     A teraz zestawcie to z Ghost love score. Ignorujcie wokale, bo te siłą rzeczy są inne jako, że śpiewają trzy wokalistki:
https://www.youtube.com/watch?v=OVzeimDvWk4
    Po pierwsze mamy tu tragedię inscanizacyjną jaką jest pusta scena, gdzie podkład leci z taśmy a zespół nie ma nic do roboty. Jaki jest w takim razie sens wydawania pieniędzy? Mogę sobie też puścić dźwięki z CD. A przecież symfoniczne pasaże możnaby spokojnie rozpisać na gitary, czy nawet na same klawisze, które stworzyłyby bardzo piękną i intymną interpretację tego nie tak znowu złego utworu.
    A teraz o poważniejszych konsekwencjach użycia taśmy:
    To są trzy różne kobiety, o różnych możliwościach, o różnej barwie głosu, a każe się im śpiewać to samo. Nikt tu się nie rozwodzi nad tym, czy Anette umie wyciągnąć jak reszta. Ma śpiewać tak jak jest podkład, nikt jej nie zmieni aranżacji, bo to wymagałoby przemontowania tych chórów z playbacku i całej orkiestry, która też leci z taśmy. I przez to robi jej się wielką krzywdę i naraża na śmieszność i ataki. Ale ona nie jest niczemu winna, to nie ona napisała ten utwór, nie ona decyduje o aranżacjach. To Holopainen, który nie myśli tu o urozmaiceniu muzycznym, o dodaniu czegoś nowego, ale też o komforcie wykonawczyni, która ma bardzo fajne niskie rejestry, przez co po przemontowaniu utworu pod jej możliwości mogłaby się wykazać tak, że opadłyby nam kopary.

    Nie myślcie sobie, że to oo tylko Deine Lakaien bawi się aranżacjami. Nie. Wróćmy do Cechomora:
    Jak widać da się grać bez taśm. Nawet będąc czeskim folkowym zespołem. Co więcej będąc czeskim zespołem folkowym można używać orkiestry lepiej niż fiński zespół grający metal symfoniczny. I co więcej z orkiestrą można grać na żywo. Nightwish jeszcze tego nie dokonał. Holopainen mówi, że to za drogie. Obawiam się jednak, że po prostu nie ma wystarczających umiejętności do zagrania takiego koncertu. Bo jakoś na granie z orkiestrą stać Cechomora, który występuje w klipach Kauflandu ze świnią. Porównując to z Holopainenem, który zrobił sobie film-laurkę na parę milionów dolarów, to tłumaczenia lidera Nightwisha są niezwykle śmieszne. Tym bardziej, że i w jego gatunku mniej znane zespołu mają występy z orkiestrą za sobą: Xandria, Within Temptation, Epica. Najlepiej wyszło to jednak Therionowi, którego interpretacje Wagnera miażdżą mi żebra. Ale porównywanie Theriona, gdzie zespół naprawdę coś umie i wie co robi, mimo tego, że niektórzy fani łapią się za głowę, jak band wypuszcza francuskie szlagiery z Nightwishem, który jest maszynką do zbijania hajsu, jest wielka różnica.

     Podsumowując: Drodzy fani Nightwisha. Wasz ukochany zespół pluje wam w twarz odgrzewanym kotletem jakim jest ich nowy album i tym, że nie chce im się grać dla was na żywo. Bo używanie taśm i brak chęci do zmiany tego, byście nie musieli słuchać tego, co macie na swoich CD czy w plikach, jest najzwyczajniejszym lenistwem i brakiem szacunku. Nie dajcie się zapinać bez wazeliny. Kupcie sobie nowy album Blind Guardian jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, bo to podobny gatunek a o niebo lepszy materiał.

    PS. Dodatkowo książeczka do Endless Forms ma paskudne ilustracje rodem z doby blogów na onecie.

25.1.15

Przemyślenia o gimnazjalnych fascynacjach muzycznych cz. II


Dzisiaj dużo będzie o tej pani

 W ostatniej odsłonie muzycznej rewizji poznęcaliśmy się nad Nightwishem. Miło było, ale teraz przechodzimy do kolejnego z dwójki słynnych zespołów pseudometalowych z kobietą na wokalu. Within Temptation. Przyznam, że nigdy nie oczarowali mnie tak jak Oceanborn i Wishmaster Nightwisha, ale dwie pierwsze płyty (plus EPka „The Dance”) są całkiem przyjemne i spodobały mi się bardziej wraz z upływem lat. Późniejsze dokonania zespołu są jednak dla mnie nieznośne. Nie będę tu jednak pisać o tym, że Within Temptation się sprzedało, że poszli w komerchę. Bo ja komerchę lubię o ile ta komercha jest szczera i otwarta. Jak Scooter chociażby. Zdecydowanie muzyka tego zespołu nie aspiruje do bycia niczym ponad to, czym jest i nie stara się ściemniać słuchacza, że jest inaczej. Jest miło, rozrywkowo i nic ponad to. I to działa od wielu lat, chociaż Scooter ulega kolejnym przeobrażeniom. Within Temptation zaś cały czas stara się udowodnić, że jest czymś więcej niż muzyką tak zwanego głównego nurtu. I chyba tu jest jeden z jej większych problemów. Mimo, że starają się chłopcy i dziewczyna jakoś eksperymentować, to większość ich starań jest staraniami bezpiecznymi i w granicach zdrowego rozsądku, przez co towarzyszy nam jednostajny rytm znany z piosenek Lady Gagi, głos Sharon, która próbuje być Laną del Rey i wcale się z tym nie kryje. Mimo to te starania o ugrzecznienie, uładzenie i zyskanie jak najszerszej widowni odbywają się ze szkodą dla muzyki, która na Enter czy nawet Mother Earth nie była wcale taka najgorsze i radio friendly. Dodatkowo image nie pasujący do muzyki, liczne tancerki na koncertach, dyskotekowe światła; jakoś to wszystko ze sobą wyjątkowo nie współgra i właściwie nie wiadomo na kogo Within Temptation jest sprofilowane. Do mnie nie trafia ani jako muzyka alternatywna, ani muzyka popularna. Największym szaleństwem i jednocześnie, według mnie, czymś, co rzeczywiście wyszło im fajnie, to zaproszenie do współpracy Xzibita. Wyszedł przyjemny kawałek, też nie aspirujący do bycia żadną awangardą, ale dobrze się go słucha. I to nie przez Sharon, ale przez Xzibita, który spokojnie mógłby zająć jej miejsce w pozostałych songach i miałyby one więcej mroku i duszy. Sharon bowiem, moim skromnym zdaniem, marnuje swój potencjał. Kobieta ta nie ma złego głosu, natomiast nie za bardzo umie korzystać z jego dobrodziejstw. Przy tak delikatnej barwie śpiewanie klatą brzmi komicznie i źle. O ile nagrania studyjne aż tak mocno tego nie obnażają, to live’y zespołu są koszmarne. Rozumiem, że wokalistka dużo się rusza, skacze i tak dalej, ale jednak należałoby czasem usiedzieć na miejscu, jeśli w ruchu nie jest się w stanie trafić w dźwięk. Gorzej, że Sharon prócz fałszowania w biegu, fałszuje też w bezruchu. Wydaje mi się, że jest to kwestia niewyćwiczenia głosu, bądź zaniedbania go. Przy czym obstawiam za tym drugim, bo z roku na rok słychać, że jest coraz gorzej w tej materii i gdzieś anielskie wycia zapodziały się przy próbowaniu naśladowania Lany. Sharon nie idź tą drogą. Na podobną przypadłość związaną z nieumiejętnością zaśpiewania na żywo, cierpi wokalistka Epicy, Simone Simons. Rudowłosa piękność, oprócz ogromnej urody dysponuje wspaniałym głosem. Ale najprawdopodobniej w ogóle go nie ćwiczy, przez co koncerty Epicy są próbą wytrzymania kolejnych potknięć Simone. Wokalistka nie jest tak rozbiegana jak Sharon, a i tak nie jest w stanie uderzyć w niektóre dźwięki i zaśpiewać poprawnie. Czasem ma lepsze dni i rzeczywiście udaje się jej zrobić to dobrze, w większości jednak słychać, że przydałby jej się porządny trening. A muzyka Epicy jest interesująca, ciekawa kompozycyjnie w wielu wypadkach (w chórkach na Phantom Agony udzielała się także pani Fogle, tak z ciekawostek i ciary przechodzą mnie na samą myśl gdyby ona śpiewała zamiast Simone główne partie wokalne) i w tekstach dotykająca wielu poważnych społecznych kwestii (trzeba oddać honor, mimo, że wielokrotnie z opiniami Jansena się nie zgadzam).
Jest jednak jeden zespół, który jest dla mnie wielkim ewenementem. Xandria. Z dawnych, gimnazjalnych lat Xandria stanowiła największą możliwą żenadę. Był to zespół tak zły, że niewyrobione, nastoletnie ucho i tak wiedziało, że wszystko tam leży: kompozycje, wokal, tandetne klawisze. Pachniało to, tą złą częścią Niemiec, która tworzy muzykę w stylu mroczne Modern Talking. Śmiał się człowiek okrutnie z pretensjonalnego „Ravenheart”, z mega tandetnego „Now and Forever”, z pseudorientalnych wątków na Indii. I jakoś o tym bandzie się zapomniało na długie lata. Aż do wyjścia Neverworld’s End. Przez przypadek przeglądałam sobie nowości muzyczne na youtube w tym gatunku i natrafiłam na przedostatni krążek Xandrii. Zaciekawiona, czy nadal prezentują sobą taką absolutną masakrę jak to było dawniej zapuściłam. I nie poznałam zespołu. Brzmiało to jak nowy, lepszy Oceanborn Nightwisha z nowym, ciekawym, klasycyzującym wokalem (Manuela Kraller), licznymi marynistycznymi wątkami i świeżymi kompozycjami (chyba najciekawszym utworem tego krążka jest Cursed). Zakochałam się i wypełniło to moją niszę zatytułowaną „pseudometal dobry do pisania, szkicowania i jeżdżenia tramwajem”. Katowałam Neverworld’s End długie miesiące i czekałam na kontynuację. I jakoś rok temu okazało się, że Xandria pozbyła się Manueli Kraller, dotychczasowej wokalistki. Blady strach mnie zdjął, że zespół powróci do korzeni i stworzy kolejnego potwora. Do bandu przyjęto Dianne van Giersbergen, holenderską sopranistkę, udzielającą się w progresywnym Ex-Libris. Pierwsze, na co trafiłam to jej wykonanie arii „Leise, Leise fromme Weise” z Wolnego Strzelca Webera (moja ukochana opera ever) https://www.youtube.com/watch?v=oCp7tAsD_e4 . Pierwsze, co mnie oczarowało u tej pani, to, to, że wygląda jak moja dziewczyna i dobrze śpiewa. Nie było to może tak wspaniałe wykonanie jak to: https://www.youtube.com/watch?v=bjd8Unl-nbU ale pani Stemme za bardzo nie ma sobie równych. Niemniej van Giersbergen zrobiła bardzo pozytywne wrażenie i wyczekiwałam Sacrificium Xandrii z niecierpliwością. Pierwszy singiel „Dreamkeeper” mnie zawiódł. Zdenerwowałam się marnowaniem potencjału, jaki leży w Dianne i zaczęłam mieć mieszane uczucia. Wyszła płyta. Zdenerwowana odpaliłam i spodziewałam się najgorszego. Pierwszy, tytułowy utwór, rozwiał moje strachy. Dianne pięknie sobie radziła, samo Sacrificium jest piosenką bardzo dobrą. Ma pewne pasaże przypominające mi twórczość Rachmaninova, choć to porównanie wyjątkowo nad wyrost, bo główną inspiracją dla twórców była zapewne współczesna muzyka filmowa. Xandria bije jednak Nightwisha w paru kwestiach. Pierwsze to doskonały balans między orkiestrą a gitarami (doskonały bas), które nie są tu zagłuszone i zalane nieudolnymi orkiestracjami. Drugi: głos Dianne, nie mniej ni więcej, czysta doskonałość i płynność w przechodzeniu dźwięków. Trzecie: brak nudy, który doskwiera wielu długim kawałkom Nightwisha. Spokojne momenty nie są rozwleczone i powtarzalne. Czwarte: solówki, o których istnieniu Holopainen zapomniał trzy albumy temu. Piąte: końcówka utworu. To, co też zawala Holopainen. Daje na końcu monotonny wiersz, albo śpiewanie. W Xandrii Dianne, łagodne klawisze i łkające skrzypce uzupełniają się tak świetnie, że porusza mnie to tak mocno jak muzyka do Aleksandra Newskiego. Sacrificium jest dobrą płytą, tytułowy utwór jednak nie jest najlepszy ze wszystkich. Mnie najbardziej oczarował „The Undiscovered Land” (https://www.youtube.com/watch?v=reHZggkFIPE ). Jest niby bardzo sztampowy jak na pseudometalową balladę, ale jest w nim coś, coś, czego za bardzo nie umiem opisać, co powoduje u mnie natychmiastowy napływ łez do oczu. A partie skrzypiec mnie niszczą i rozwalcowują emocjonalnie. Szantowe elementy i przydrapieżnienie Dianne zmieniają nam na krótką chwilę klimat, ale na powrót wchodzimy w delikatniejsze, łzawe nuty. Najlepszy powrót do dzieciństwa jaki można sobie wyobrazić. Utwór ten ma bardzo interesującą strukturę, która nie pozwala uchu znudzić się tym, co słyszy. Jednocześnie spokojnie nadaje się na song stadionowy i machanie zapalniczkami. Zdecydowanie jest to jedna z moich ulubionych piosenek w ogóle. Polecam wam zatem zapoznać się z tym albumem, choćby dla tych dwóch utworów, jednak znajdą się i inne bardzo dobre, choć już nie tak bardzo wybitne. Jest to jednak bardzo dobry krążek, który korzysta z dobrodziejstw gatunku, nie eksperymentuje na siłę, co można zarzucać jako wtórność, ale całkiem udane kompozycje i dobre zbalansowanie dźwięków nadają mu świeżości, której w ostatnich płytach gigantów pseudometalu brakuje.

21.1.15

Przemyślenia o gimnazjalnych fascynacjach muzycznych cz. I




Myślicie, że ten obrazek nie ma nic wspólnego z treścią wpisu?  Jesteście w błędzie.
Za czasów mojej bujnej młodości nastąpił wysyp przeróżnych zespołów, którym obecnie przypina się łatkę female fronted symphonic metal. Do najpopularniejszych wówczas należały Nightwish i Within Temptation. Jak grzyby po deszczu rośli również ich wierni naśladowcy. Gatunek ten pogardzany był przez tą mroczniejszą stronę metalowej braci, jednak większość jej przedstawicieli skrycie słuchała „Sleeping Sun” i wylewała rzewne łzy, że znów nie zaliczyli. Muzyka tego typu przewija się nieprzerwanie przez moje przeróżne playlisty od długich lat. I rzeczywiście wiele można temu gatunkowi zarzucić, ale znajdzie się w nim parę miłych ciekawostek, dla którego jednak nie warto przekreślać muzyki typu pseudometal z kobietą na wokalu. Niemniej chciałam się dzisiaj skupić na paru sprawach, które wędrować sobie będą dość swobodnym strumieniem. Ze względu na ogromny sentyment do Nightwisha czasem przeglądam sobie fora poświęcone tej grupie, czy wywiady z jej członkami. Rzuciło mi się w oczy coś niezwykle śmiesznego. Liderem grupy, jej kompozytorem i panem nad panami jest niejaki Tuomas Holopainen. Kiedy słuchałam jeszcze Nightwisha najbardziej emblematyczną członkinią zespołu była dla mnie pani Tarja Turunen. Nie czarujmy się, że to jednak nie Tuomas, który przypisuje sobie wielki sukces, niebotyczny talent kompozytorski (orkiestracji nie pisze sobie sam, więc traktujmy to z przymrużeniem oka), czy wszelakie inne zasługi sprawił, że ten band wybił się spośród wielu identycznych zespołów. Tuomas, obecnie nazywany i nazywający siebie per maestro, twierdzi inaczej, ale o tym później. Jak posłuchamy wczesnych płyt Nightwish, dokładnie trzech, w porywach do czterech pierwszych to zauważymy, że raczej nie jest to zbyt odkrywcza muzyka i cała jej siła tkwi w szczerości i pięknym głosie Tarji. Nikt z muzyków nie jest tam w żadnym wypadku wirtuozem. Kompozycje są łatwe i przyjemne. Szybko wpadają w ucho. Teksty, choć beznadziejne i niegramatyczne są wyśpiewane w sposób tak magiczny, że jakimś cudem to wszystko potrafi mnie do tej pory wzruszyć. Sytuacja ta ulega jednak zmianie przy Once, kiedy to Tuomas uwierzył, że jest maestro. I tu pojawiła się nieszczęsna góra orkiestracji, które zalały proste i przyjemne dźwięki. Istna Zimmeriada. Przy czym inspirowanie się Hansem Zimmerem nie oznacza niczego dobrego. Jest to kompozytor na wskroś wtórny, sztampowy i bazujący całą twórczość na huczeniu i tak zwanej „epickości”. Tuomas uwierzył, że będzie drugim Zimmerem i ukatrupił cały pierwotny wydźwięk Nightwisha. Te próby mordu są już słyszalne w Century Child, jednak to Once jest płytą, która zdecydowanie przelewa szalę goryczy. I tu wiele osób się nie zgodzi, powie, że dopiero wtedy Tuomas rozwinął skrzydła i pokazał swój absolutny geniusz. Nie, sporo utworów to typowe fillery, większość o budowie  zwrotka, refren, zwrotka, refren, bridge, refren, refren. Bronić może się Ghost Love Score, gdyby nie fakt, że Tuomas nie do końca umie pisać długie utwory i środkowa część GLS wieje nudą. Oczywiście da się stworzyć minimalistyczny, poruszający utwór, jednak liczne pasaże w GLS są zapychaczami, żeby stworzyć kompozycję mającą ponad 10 minut. Tuomas w kolejnych płytach podnosi sobie poprzeczkę coraz wyżej, chcąc robić coraz dłuższe kobyły. I z płyty na płytę są one coraz gorsze i brak na pomysł, jak dalej pociągnąć utwór Holopainen maskuje za pomocą tragicznych wierszy, pełnych angstu godnego nastoletniej mrocznej dziewuszki. No niestety nie każdy może być jak chłopaki z Dream Theater, czy wczesne Deep Purple i robić utwory ciągnące się po kilkanaście minut a jednak pełne zróżnicowania i prawdziwego kunsztu. W Nightwish tego nie ma, jest czyste wyrobnictwo, które nie przeszkadzałoby mi tak bardzo, gdyby Holopainen nie upierał się, że jednak chce być uznany za prawdziwego artystę. Może być to zabieg marketingowy, na który polecą młodsze fanki, jednak ktoś kto słyszał w życiu trochę więcej popuka się w czoło. Nie będę tu powoływać się na muzykę poważną, czy klasyków, ale nawet z podobnych gatunków kompozycje Holopainena są przystępne, ale nie będące absolutnie niczym ambitnym i zróżnicowanym. Przy choćby panu Wolffie z Lacrimosy, tuomasowe utwory wydają się być bardzo prymitywne. Zestawcie sobie Song of Myself, czy Poet and the Pendulum z Sanctusem (https://www.youtube.com/watch?v=OXppUrkeudw ) czy nawet z Hohelied der Liebe (https://www.youtube.com/watch?v=jAc7xkumRic chociaż to już nie jest tak mocna pozycja jak utwory ze Stille czy Elodii). Można się kłócić, że Lacrimosa jest gotykiem, a Nightwish to symphonic metal, ale zwróćcie proszę uwagę na pracę orkiestry i dopasowanie jej do gitar i perkusji, a także samego wokalu. Czasami mniej znaczy więcej. Bombastyczność nie oznacza wcale wielkiego zaawansowania samej kompozycji. Sztuką jest operowanie ciszą i umiarem. Holopainen tego zwyczajnie nie umie. Nie umie też rozpisywać swoich dziełek na orkiestrę, robi to mu niejaki Pip Williams. Oblewają oni prostą i miłą dla ucha piosenkę ciężkim syropem, przez co wszystkie elementy: wokal, gitary, perkusja, czy sama orkiestra, są sobą nawzajem przytłoczone. Stwarza to niesamowitą duchotę, która po wymianie Tarji Turunen na Anette Olzon, stała się nie do zniesienia. O ile Tarja ze swoim klasycznym (nie operowym!!!!!!) śpiewem potrafiła przebić się przez nieznośną ścianę dźwięku, to delikatny wokal pani Olzon został totalnie zagłuszony przez całą nightwishową bombastyczność. W twórczości solowej obie spełniają się znacznie lepiej i widać, że szeroko krytykowana Olzon potrafi śpiewać, ale zdecydowanie nie pasowała do byłego bandu. Po prostu nie ta skala głosu i widoczny brak treningu plus ogrom orkiestry i ostre riffy... ałć. Było czasem bardzo tragicznie. Ale to nie wina samej Olzon (chociaż mogła rzeczywiście ćwiczyć nad emisją głosu), ale Holopainena, który nie umiał pod nią pisać utworów. I o ile w studiu nie było bardzo źle, to wersja live obnażała wszystkie braki kompozytora jak i wokalistki. Chociaż wymiana wokalu w Nightwishu mnie bolała bardzo, to jednak z ręką na sercu przyznaję, że pani Olzon zrobiono krzywdę. Jak będzie z Floor? Zobaczymy. Po rozgoryczeniu jakie wywołał we mnie Nightwish lata temu skupiłam się znacznie bardziej na solowej karierze Tarji. Pani Turunen zdecydowanie nie boi się wszelakich eksperymentów i chociaż czasami nie są one najlepszymi pomysłami na świecie, to jednakże jej twórczość jest dużo bardziej świeża i odkrywcza niż Nightwish. Ostatecznie potwierdziła to płytą Colours in the Dark, gdzie nie bała się zaszaleć z nieco New Age’ową elektroniką, ormiańskim dudukiem i melorecytacjami. Bez bombastycznych orkiestracji, bez natłoku, za to z wielką klasą i wyczuciem muzyki (https://www.youtube.com/watch?v=vP0NIuzQ6Ww według mnie mistrzostwo). Mogłabym pisać same superlatywy jeszcze bardzo długo i dziękować Holopainenowi za wyrzucenie Tarji ze swojego zespołu, ale chciałam przejść do kolejnej kwestii. Często nazywa się jej głos operowym, co nie do końca jest trafne. Tarja sama wielokrotnie powtarzała, że wokalistką operową nie jest, a co najwyżej klasyczną (odsyłam do googli żeby złapać różnicę). I tak wiele jej naśladowczyń błędnie mówiło o sobie jako o „śpiewających operę” (sic). To, że ktoś śpiewa gardłem, nie znaczy, że nadaje się do opery. Śpiew klasyczny nie równa się śpiewowi operowemu. Mi zdecydowanie dobrze słucha się zarówno klasycznych jak i operowych śpiewaczek i stawiam je jednak trochę wyżej nad artystkami estradowymi. Tarji wielokrotnie zarzucano, że nie jest tak zróżnicowana w śpiewaniu jak Floor Jansen, ale interpretacje operowe/klasyczne Jansen są no... (https://www.youtube.com/watch?v=UeTyAZtV5wI ) nie za dobry, porównując go do Tarji choćby: https://www.youtube.com/watch?v=yLmDAL169Vc a ja najbardziej lubię wykonanie Sally Matthews https://www.youtube.com/watch?v=3GVdbuCwy38 , chociaż oczywiście możecie posłuchać bardziej popisoweh wersji choćby Montserrat Caballe. Polecam wam też obejrzeć sobie całego Gianniego Schicchi, bo jest to przezabawna opera. Wracając jednak do Floor, bardzo też lubię jej głos i cenię ją jako wokalistkę, ale nie jest to najbardziej utalentowana kobieta tego gatunku. Jest ktoś bardziej zróżnicowany i o potężniejszym głosie. Chóralnie odpowiecie mi pewnie Amanda Somerville. Nie. Słyszeliście kiedyś o Bridget Fogle? Jeśli nie to nic nie szkodzi. Ta niesamowita kobieta śpiewała choćby na płytach Luca Turilli (Luki Turillego? Jak to odmienić?), czy robiła chórki w Epice. Jej głos jest porażający. Jeśli chcecie zobaczyć jego wszelakie możliwe barwy i odmiany to zapraszam do przesłuchania https://www.youtube.com/watch?v=iqzVrEa_MdQ choć nie jest wymieniona z imienia i nazwiska jako wokalistka, to udzielała się na poprzednim krążku Turillego i zdecydowanie jest to ten sam głos. Wydaje mi się, że konkurować może z nią jedynie Lori Lewis, ale jest to moja własna opinia. Pani Fogle bez problemów radzi sobie z każdym dźwiękiem. Śpiew estradowy? Nie ma sprawy. Śpiew klasyczny? Bez problemów. Nawet totalnie pretensjonalną pieśń o zmarłym delfinie (Dolphin’s heart) Bridget Fogle śpiewa tak, że pęka serce, a oczy szklą się jak w czasach gimnazjalnych podczas słuchania Sleeping Sun. Czemu więc ta kobieta nie jest tak sławna jak Tarja, czy Simone Simons z Epici (która co prawda ładnie wygląda i ma głos, ale kompletnie go nie trenuje co pokazują występy live)? Czy może dlatego, że nie jest smukłą, bladą, czarnowłosą (alternatywnie rudą) metalową divą? Czy w metalu nie ma miejsca dla czarnoskórych? Przykra sprawa, na szczęście mroczne dźwięki to tylko część kariery pani Fogle, która śpiewa gospel, występuje na przeróżnych galach i gra w musicalach. Bardzo polecam wam zapoznanie się z jej twórczością.
W następnym odcinku skupię się na Xandrii i Within Temptation. 

Źródło zdjęcia: