6.7.18

Harz - góry, zamki, miasteczka

Udało mi się zrealizować wielkie marzenie. Od lat chciałam zobaczyć Quedlinburg i dzięki mojej mamełę plan został wykonany, a ja jestem bardziej niż szczęśliwa.

Chodził za mną ten Quedlinburg bardzo długo i mając świadomość jak blisko miasteczko to znajduje się od mojego ukochanego Halle, zawsze szukałam jakiejś okazji, żeby wypuścić się w Harz i popodziwiać przepiękną szachulcową architekturę, która na tym terenie występuje w ilościach hurtowych.
Spodziewałam się, że będzie pięknie, ale to co zobaczyłam przerosło moje oczekiwania i w ogóle nie dziwię się, że nie tylko kolegiata św. Serwacego znalazła się na liście UNESCO, ale także cała zabudowa Starego Miasta.



Quedlinburg jest po prostu magiczny i to nie dlatego, że z każdego zaułka, nawet porośniętego pokrzywami emanuje piękno, ale także przez swoje pogańskie korzenie, które na terenie Harz są bardzo mocno akcentowane i przejawiają się nie tylko w postaci snujących się wszędzie turystów z wszelakimi możliwymi pogańskimi symbolami na koszulkach, czy szyjach, ale także przez liczne legendy, podania, czy po prostu atmosferę niemalże namacalnej obecności Walpurgii, czy jak kto woli Holdy/Holle. Blisko z Quedlinburga na Teufelsmauer - Mur Diabła, czyli różne skały przypominające obwarowania, które powiązane były z przedchrześcijańskim kultem w górach Harz, niedaleko jest równie urokliwe Wernigerode, gdzie z murów pałacu stylizowanego na średniowieczny zamek, doskonale widać szczyt Brocken, znanego nie tylko dzięki Goethemu, ale również dzięki zjawisku nazywanemu mamidłem górskim.


Czarownice, boginie i bogowie, diabły, czy też inne duchy, są niemalże wszędzie: od odpustowych wiedźm w sklepach z pamiątkami, przez liczne podania w wydawanych przepięknie książkach o miejscowych legendach, ale przede wszystkim w każdym zaułku, czy to lasu, czy uliczki, z bruku których wyrastają wielobarwne malwy, czy zioła, chętnie hodowane nie tylko w donicach i gazonach, ale i przyzamkowych i przypałacowych ogrodach. Ponad głowami, nawet w centrum miasta bez trudu dostrzec można sokoły, jastrzębie, czy inne drapieżniki, kołujące na bezchmurnym niebie, podobnie jak motyle obsiadające niemalże każdy kwiat, czy krzew. Natura doskonale współgra z ludzką ręką. Czas płynie bardzo powoli. Ulice wyludniają się około 18:00 i tylko niemieccy emeryci i pojedynczy turyści zza granicy, tacy jak ja, przesiadują w kawiarniach, browarach, czy restauracjach. Oczywiście tych, które jeszcze o takiej późnej godzinie są otwarte.




Po powrocie pozostał pewien niedosyt. Każda miejscowość kryje jakiś zamek, przy którym Książ nie wygląda jakoś specjalnie spektakularnie, a Ogrodzieniec to kupa kamieni. Nie brak pięknego baroku, w stonowanej ciemnej formie, takiej jak lubię i to on właśnie najbardziej mnie urzekł, choć romańskie zabytki takiej klasy, to rzeczywiście unikat, a świątynia pod wezwaniem świętego Serwacego robi wrażenie, chociaż wyraźnie czuć pulsujący spod murów przedchrześcijański rodowód tego miejsca. Z kościołem tym wiąże się wiele różnych dramatycznych historii, ale chyba najbardziej znaną jest nieszczęsne zainteresowanie Himmlera tym miejscem, które zaowocowało w spędzie bandy odstrojonych w czarne mundury pajaców, którzy składali hołd Henrykowi Ptasznikowi... jak się okazało, szczątki, którym oddawali cześć należały do zupełnie innej osoby. Niemniej jednak obsesja Himmlera doprowadziła do przebudowy kościoła, tak, żeby wyglądał bardziej wczesnośredniowiecznie. Do tego dokoptowano swastyki, wielkiego orła (potłuczonego adlera można zobaczyć w muzeum mieszczącym się w zamku przy kolegiacie), który zastąpił barokowy ołtarz (barbarzyństwo!) i całość wygląda znacznie bardziej surowo, niż miało to miejsce przed początkiem XX wieku. Na spędzie tym pojawił się także i Heydrich, który wyraźnie był po urlopie, a którego opaloną twarz od razu wychwyciłam w tłumie, kiedy przeglądałam fotografie z tego eventu wątpliwej jakości. Dziwnie było pojawić się w tym miejscu, tak doskonale znanym mi z fotografii i skonfrontować z rzeczywistością. Krypta na zdjęciach z drugiej połowy lat trzydziestych wygląda na dużo większą, a ludzka chmara stojąca za Himmlerem wydaje się ciągnąć w nieskończoność. W rzeczywistości jest to znacznie mniejsza przestrzeń. Niemniej jednak, kolegiata i tak jest ogromna! Niesamowity jest też skarbiec, w którym można znaleźć różne bardzo kuriozalne relikwie, ale także pięknie wykonane relikwiarze, czy ogromny fragment średniowiecznego arrasu, który mimo swojego wieku trzyma się lepiej od niektórych moich sukienek. Warto kupić bilet obejmujący kryptę, kolegiatę i muzeum i zobaczyć całość tego założenia znajdującego się w górze nad miasteczkiem. Koszt to 8,50 euro za osobę dorosłą, ale naprawdę nie pożałujecie!





Podobnie jak zwiedzania pałacu w Wernigerode, którego zbiorów może pozazdrościć każdy dolnośląski pałac, czy zamek. Jeśli kochacie niemiecki romantyzm, to pałac w Wernigerode jest absolutnym must see! Niestety nie można fotografować wnętrz, ale neogotycka kaplica, kolejne komnaty i meble naprawdę robią wrażenie. Podobnie jak malarstwo zdobiące ściany kolejnych sal. A widok jaki roztacza się z pałacowych tarasów po prostu odbiera mowę. Podobnie zresztą jak handlowy deptak w Wernigerode, który jest po prostu obłędny, tak jakby postawić przy sobie szereg kościołów pokoju w różnych kolorach i kształtach. Niebywałe!







Warto jechać w Harz i to zdecydowanie na dłużej niż jeden tydzień. Do zobaczenia jest milion rzeczy i nie sposób zrobić to w kilka godzin, chociaż trzeba przyznać, że wszystkie miejscowości są ze sobą dobrze skomunikowane, zarówno jeśli chodzi o pociągi, jak i o busy. Ludzie, którzy nie lubią gór, czyli tacy jak ja, też powinni być oczarowani, bo szlaki jednak nie są jakieś strasznie wymagające. Jest też mnóstwo sklepów z antykami, gdzie można wygrzebać przeróżne perełki. W Quedlinburgu, przy Rynku, jeden pan miał na sprzedaż cudowne kapelusze z końca XIX wieku, niestety 120 euro za sztukę, jednak ich stan był po prostu świetny i gdybym siedziała bardziej w takich klimatach zapewne bym się kompletnie spłukała. A tak przywiozłam ze sobą książkę o tym jak SS balowało w Quedlinburgu, książkę z lokalnymi podaniami, balsam do ciała z Dresdner Essenz, pudełeczko Suavecity (pomady, która jest po prosty genialna do tworzenia victory rollsów!), a także parę cacuszek z Halle, które powędrowały do Breslauerin.
A no właśnie, oczywiście nie mogłam odmówić sobie krótkiej wizyty w Halle, które chyba ucieszyło się na mój widok tak, że był upał wypalający jakiekolwiek życie. Niemniej, w mieście Haendla nadal pięknie.



Podobało się? Będę wdzięczna za kawę

2 comments:

  1. Hej, masz dalej konto na instagramie :)?

    ReplyDelete
    Replies
    1. Hej!
      Mam i nadal to samo: https://www.instagram.com/poli_loli_vintage/

      Delete